- Nieee!

Jęk zawodu!

Niemożliwe. Za nami jakże stromy, długi, kamienisty zbieg ze Skrzycznego. Najpierw szlakiem turystycznym, potem krótko wzdłuż wyciągu – i nagle jakimiś stromymi ścieżkami prosto na dół, do potoku, po kamieniach i teraz to, co tu: ścieżką wąską, kamienistą  - tak stromo, że z trudem da się utrzymać pion.

W nogach prawie 60 km. Czy to możliwe? Czy to sen?

Ześlizguję się kilkukrotnie, nie jestem w stanie nawet porządnie stanąć, chociaż opieram się całą siłą na kijkach wbitych w ziemię. Próbuję zatem ominąć wyślizganą stromiznę idąc lasem.

Przede mną poruszający się biegacz, zatrzymuje się nagle. Opiera się o pień świerka i z trudem łapie oddech. Mam wrażenie, że i mnie kręci się w głowie. Potwornie boli jakiś mięsień w udzie, napięty jak postronek. Idę strasznie powoli. I myślę o tych, którzy pojawią się tu finiszując swoje 90 albo 130 km. Wydaje się to nieprawdopodobne, że na sam koniec, kiedy cały organizm wyrywa się już do mety, kiedy czuje się dosłownie, że meta jest tuż, tuż, właściwie ma się poczucie, że za rogiem samym, za górką tą już – takie coś!

-       Daleko jeszcze? – sapię do kogoś wspinającego się za mną.

Kilka kilometrów wcześniej minąłem go, kiedy walczył ze skurczem.

-       Ten cholerny zbieg totalnie mnie wyczerpał! – słyszę kogoś drugiego

Co mam powiedzieć? Nogi bolą tak bardzo, że poruszanie się w górę wydaje się niemożliwe.

-       Dobrze, że to Beskidy a nie Alpy jakieś – mówię na pocieszenie znękanym stromizną towarzyszom. – Kiedyś się to skończy.

-       Jak wszystko! – ktoś przytakuje.

Ale raczej  panuje cisza, w którą wbijają się spazmatyczne oddechy biegaczy.

Tak, to na pewno ostatnie kilometry krótszej trasy Beskidy Ultra Trail czyli BUT  60 km. Planowałem biec tu 130, nawet mam taki numer startowy, ale los zarządził inaczej i – przyznać muszę – wcale na ów los teraz nie narzekam. Cieszę się nawet.

Od samego początku była bowiem w tym biegu jakaś dziwna trudność.

Przyjechałem za wcześnie, co najmniej godzinę przed startem. Pobrałem pakiet startowy i leżałem na tylnym siedzeniu samochodu, próbując zasnąć. Wcześniej tej nocy nie udało mi się to. Leżałem więc na tylnym siedzeniu samochodu i sięgałem do plastikowego pojemnika, karmiąc się zimnym makaronem z pesto.

Przed 4 rano jest naprawdę zimno. Ustawiłem się blisko linii startu i dostałem do jakiejś grupy, która wyrywa do przodu. Nie ustaje, regularnie napiera. Kiedy tylko trochę się wypłaszcza – biegnie.

Biegnę z nimi, tempem trochę dla mnie niepojętym. Za szybko zdobywamy Klimczok. Za szybko – wciąż jeszcze w ciemnościach wspinamy się na Szyndzielnię. W dole niesamowicie radosne światła Bielska. Z tego biegu w ciemnościach właściwie niczego nie pamiętam, poza napiętą do granic możliwości uwagą, aby się nie przewrócić, nie potknąć o kamienie i nie skręcić nogi. Trzy razy nie, trzymające uwagę na uwięzi.

Z podejścia na Błatnią pamiętam za to rozmowę z chłopakiem ze Stargardu, który tłumaczył mi swoje metody treningowe i mocno przyciskał do góry.

Biegł tu rok temu.

-       Dziewięć godzin – mówi.

-       Myślisz, że jak w tym?

-       Ciężko będzie. Trasa jest dłuższa.

Tak. Ugruntowuję się w swoim planie, że zmłócę to coś w 10 godzin i nie będę się wcale martwił jak się w tych 10 godzinach nie zmieszczę.

Jakiś czas trzymałem jego tempo, ale w pewnym momencie życzyłem mu mocy a sam zagłębiłem się w swoim rytmie.

Tak. Profil tej trasy przypomina piłę. Niektóre jej zęby są większe, niektóre mniejsze, ale pojawiają się nieustannie: jedne po drugich, co dla biegacza znaczy wspinanie się strome, a potem zbieg. Kolejna górka. Góra. Kolejna dolina. Niby normalna sytuacja w górach takich jak nasze Beskidy, ale w tym biegu jest nieco inaczej: podejścia są dla mnie jakby bardziej strome, a zbiegi całe złożone z ruchomych kamieni. Prawie żadnych łąk czy traw. Nie można się więc rozpędzić, trzeba nieustannie uważać.

W Brennej – było pięknie. Zaświeciło nawet słońce. Mieliśmy za sobą już 37 kilometrów. Była herbata z cytryną. I męska decyzja zdjęcia bluzy. Ustaliłem z kimś, że od teraz na pewno będzie już cieplej. Wcale nie było. Bo szybko słońce schowało się za chmurami a turyści - których im bliżej Przełęczy Salmopolskiej, tym było więcej - w większości odziani byli w ciepłe kurtki.

Gdzieś podziała się moja taktyka tego sezonu: do 35 kilometra masz być wypoczęty, potem ciśnij. Tu w Brennej czułem się już całkiem poważnie wypompowany. Uścisnąłem rękę koledze, który ruszył na 130. Biegliśmy jakiś czas razem. Pożegnałem się też z drugim, który w ciemnościach poleciał na kamienie. Miał sporego guza i zakrzepłą krew na łuku brwiowym. On też ruszył w swoją drogę. Za punktem przechodziło się przez rzeczkę i potem stromo do góry.

Chwile po wyjściu z punktu odżywczego. Chyba zdecydowanie najmilsze momenty w długich biegach, kiedy człowiek tłumaczy się sam przed sobą, że nie może napierać, bo musi dojeść kanapkę, dopić kolę, czy dopiąć szelki. Można sobie pozwolić na lekkie ociąganie się. Za krótko trwają. Stanowczo za krótko.

Przełęcz Salmopolska. Gdzie byłem między Brenną z Przełęczą? Chyba sam, zatopiony w narastającym za szybko zmęczeniu. Co jakiś czas wyprzedzany przez biegaczy, którzy niedawno ruszyli na 40 km.

Na Przełęczy dociera pierwsza kobieta na naszym dystansie. Dzielimy się uwagami z tymi, którzy docierają do punktu. Makaron. Ziemniaki. I do góry. Ku Malinowskiej Skale. Sporo turystów. Kamienista droga wznosząca się nieubłagalnie i pociągający widok na masyw Skrzycznego.  Za Skałą kamienno – piaszczysta droga. Co jakiś czas wyprzedzają mnie biegnący na 40 km. Mam wrażenie, że z biegu na 60 nie ma już nikogo. Na którymś z podbiegów dociera do mnie dziewczyna, która prowadzi w klasyfikacji kobiecej.

-       Jesteś ciągle pierwsza? – pytam.

-       Chyba tak.

Mija mnie lekko, jakby wcale nie miała w nogach dobrze z 50 km .

Przy schronisku pełno ludzi. Ktoś woła do mnie: „Trasa na 60 – w lewo”. Skręcam odruchowo. Dogania mnie biegacz, z którym jakoś się dziwnie nieustannie wyprzedzaliśmy w drodze do szczytu.

Mieliśmy taką dziwną wymianę zdań może kilkanaście minut wcześniej:

-       Fajnie biec na 60 – mówi on.

-       Fajnie?

-       No, tak. Nie musisz tak ciągle lecieć jak w biegu na 40! Możesz sobie pozwolić na marsz!

Teraz kolega z czterdziestki zapewnia mnie:

-       Nie ma innej drogi. Leć za czerwonymi taśmami.

Leć? Podoba mi się ciasna, wąska, kamienista ścieżka idąca wzdłuż zbocza. Turyści ustępują mi miejsca, ale jest bardzo wąsko i bardzo kamieniście. W pewnym momencie muszę przepuścić pędzących w dół rowerzystów. Ich rowery łupią po kamieniach jak rasowy perkusista.

A potem to już ten zbieg po stoku. I owe horrendalne wspinanie się na – jak dowiedziałem się potem z mapy – Niesłychany Groń.

Niesłychany!

Co jeszcze pamiętam z tych ostatnich kilometrów? Drogę, stokówkę, która łagodnie się wijąc wyprowadza nas na siodło i tam napis, że do mety został 1 kilometr.

Pewnych rzeczy nie pamiętam. Długo się nad tym zastanawiałem, ale naprawdę nie pamiętam, kiedy wyprzedziłem pierwszą biegaczkę w kategorii kobiecej. I kiedy wyprzedziłem też drugą, za którą zbiegałem te ostatnie kilkaset metrów, które nie chciały się skończyć. Jeszcze udało mi się zamienić kilka słów z panem, który mnie pytał, patrząc na mój numer, czy to kontuzja spowodowała, że wycofałem się ze 130.

Wiem, że mu odpowiedziałem, że nie kontuzja, ale że dobry los, bo gdybym dzisiaj pobiegł  te 130, to pewnie bym tam gdzieś umarł w górach. Kiedy zaczynają się betonowe płyty wyrywam do przodu ile sił. To pamiętam. Pęd na jaki mnie było stać. I metę, gdzie w zdumieniu przeczytałem swój czas: 09:15:57, co znaczyło, że jestem na mecie 22 i że pewnie, gdyby w tym pięknym biegu były kategorie wiekowe nikt nie odebrałby mi może pudła, może nawet najwyższego na nim miejsca.

 

 

Zapomnij o zegarku. Ma być jak dawniej!!

Ograniczam się, ile mogę. Nie zerkam nieustannie na lewy przegub, aby sprawdzić tempo. Nie. Staram się to czynić rzadziej. Ostra restrykcja. Kiedy biegniemy po ciemku jeszcze, z Krynicy wspinając się na Jaworzynę, wiem co robić: staram się nie wpaść w ponoć zgubną euforię nocnego startu, który potem podobno przychodzi spłacić z nawiązką. Nawet domyślam się w którym miejscu: pomiędzy Piwniczną a Wierchomlą: tak, tamto miejsce szczególnie jest zastanawiające: owe betonowe strome dróżki, potem zbiegi łapczywe i znowu kolejne wspinanie się na górkę. Ale w końcu to bieg siedmiu dolin.

Nie daję się więc euforii, mam wrażenie, że jestem sprytny jak lis. Nie wiem w końcu co będzie: dzisiaj mam osiągnąć swoje pierwsze 100 kilometrów. Czuję się jak debiutant.

Snuję się w tych ciemnościach, w sporym tłumie, zawzięcie wyprzedzany, ale potem zbieg i wszyscy zwalniają, a ja wrzucam wyższe tempo  i wyprzedzam całe tabuny stłoczonych na wąskiej ścieżce biegaczy. W tym biegacza przebranego za Elvisa, wokół którego roztaczają się dźwięki przebojów wykonawcy, którego jakoś nie jestem w stanie polubić; a tu katorga: biegacz za Elvisa przebrany z kolumnami w plecaczku. Uff.

Kolejne wznoszenie się: z urywanych rozmów słyszę uwagi o tym, że wpuścili Elvisa, aby nas poganiał, bo ileż można lecieć w oparach snującej się w ciemnym beskidzkim lesie łzawej muzyczki króla rock-and-rolla zza oceanu; owe gitary hawajskie chyba i aksamitny głos! Tylko nie Elvis! Ale na mnie to padło! Wyobraźcie sobie: Elvis ma podobne tempo podejścia do mnie. Jestem w jego towarzystwie. I nie mogę się uwolnić. Owszem mógłbym zwolnić albo przyspieszyć: ale zwolnić nie chcę, a przyspieszyć się boję. Ot, dylemat!

Zatem z Elvisem zdobywamy Jaworzynę. Ale koło Hali Łabowskiej jakoś już Elvisa nie ma koło mnie. Niedaleko przed halą na  zbiegu przewraca się na kamieniach biegaczka. Zatrzymuję się. Podaję jej kijki, które upuściła. Wstaje.Za chwilę ciągnie dalej.  Potem widzę ją na Hali Łabowskiej, jak sobie przemywa zakrwawioną nogę.

I jest też jednak irytująca dwójka strasznie głośno rozmawiających sportowców. Spora ilość przekleństw. Po ciemku z daleka słyszę ich głosy, tubalne i zbyt głośne. Zbliżają się do mnie. Wyprzedzają mnie. Po czym stają i na kogoś czekają, pokrzykując. Kiedy robi się jaśniej (och, słońce wstaje całe w czerwieni!), rozpoznaję ich. Będą  mi przez długi czas towarzyszyć. Zastanawiam się, jak można tyle mówić? W czasie biegu? Podziwiam ilość tematów, swoją drogą. Ale już zamykam się w swojej skorupce. Jest jasno, mocno wieje zimny wiatr. Więc jest pięknie, wzniośle, ale trzeba zachować ostrożność.

Potem przesuwanie się asfaltowo doliną do Rytra. Czy jestem w dobrym stanie? Co mnie boli? Cisza, spokój.

Jest siła do walki.

W Rytrze przepak. Ja się nie przepakowywuję, nigdzie. Mam na grzbiecie swoje jedzenie. Jestem przygotowany na załamanie pogody. Widzę Elvisa. Łapię coś do jedzenia, napełniam bidony i ruszam w stronę Radziejowej. Podejście trwa i trwa. Słyszę kogoś, kto mówi, że ostatnio za mocno tu przyłożył i odpadł potem. Po jakimś czasie rozumiem o co chodzi. To dobre dziesięć kilometrów, z przerwami oczywiście, pod górkę. I ten dziwny moment, kiedy podbiega się już granią do schroniska na Wielkiej Prehybie. Widzi się tych, którzy już się nasycili i biegną dalej. I oni widzą nas, którzy dopiero do schroniska docieramy. Spoglądamy na siebie. Trochę jak jakiś przegląd wojska. Jedna, druga strona.

Boże, jeszcze nie ma połowy dystansu. Szybkie jedzenie, dopełnienie bukłaków, dwa kubki bulionu (świetny, świetny bulion!) i w drogę, dalej. A po prawej Tatry lekko w chmury opatulone. Zbieg z Radziejowej (stromy, kamienisty!) i przesuwanie się w stronę Eliaszówki.

Czy coś zapamiętałem z tego miejsca? Coś widziałem? Nie wiem. Zaczynało się słynne Nic, które wypełnia długi dystans.  To Nic układa się w rytm, jedynie: jeśli się wypłaszcza – bieg; jeśli idzie mocno w górę – idź. Jeśli stromo w dół – leć. Łatwo powiedzieć! Kolana bolą. Pas piszczelowo-biodrowy  przypomina o swoim istnieniu. Prostuj się. Przesuń miednicę do przodu. Napieraj, napieraj. W zbiegu – uważaj. Te piekielne dróżki polne opadające w stronę Piwnicznej a potem słynne betonowe płyty, którymi tupta się w dół aż coś łupie w krzyżu. Tak. Pamiętam to miejsce: to tu, pięć lat temu zbiegałem na dół kończąc swój pierwszy górski bieg. Był rok 2012… Było 33. kilometry. Zbiegałem w dół a na asfalcie, już wzdłuż drogi i potem na moście na Popradzie finał sparaliżowały skurcze.

Łydka lewa zaczyna charakterystycznie boleć. Czas łyknąć magnez.

Teraz jest 66 kilometr i mam lepszy czas niż rok temu na 64 km! Ale przede mną ów cyrk podejść i zbiegów do Wierchomli.

Jest gorąco, idziemy bardziej niż biegniemy do kolejnego przepaku. Tak, ci co wyruszali na 34 km już wybiegli. Na starcie więc pusto. Niektórzy biegacze leżą na ziemi. Widzę chłopaka, którego supportują rodzice: otwarty bagażnik. Wiktuały. Mama polewa wodą dłonie syna. Tata coś mówi do niego. Biegacz, który mnie właśnie wyprzedził nagle się zatrzymuje. Przechodzi w marsz. Mało brakowało, bym wpadł na niego. Sama końcówka – jakieś roboty drogowe. Pył, kurz; koparki, sprzęt budowalny,baraki. Wszystko to rejestruję.

Chwilę siedzę. Zjadam ziemniaki pieczone. Znowu bulion. Dzwonię do domu.

 

Przechodzę przez mostek na Popradzie. Zapomniałem zdjąć bluzę, przecież! Robi się gorąco. Tłukąc się kijkami po betonach zaczynam swoje beznadziejne podejście. Potem jeszcze bardziej beznadziejny zbieg. Kamienie, ktoś biegnący za mną się potyka: słyszę charakterystyczne uderzenie spodu buta w wystający kamień. Asfalt i znowu w górę. Z Łomnicy Zdroju to niepokojące podejście a potem marsz wznoszącą się pod górę granią. Mija mnie biegacz ubrany tylko w szorty. W ręku butelka. Właśnie rozpoczyna finisz, myślę sobie. Idzie szybko, bez obciążenia, może zostało jeszcze ze 30 km, w sam raz, aby zaatakować.

Podziwiam Panią, która długo towarzyszy mi w biegu. Zbiega lekko i zwiewnie,  a w tym miejscu podbiega. Mija mnie ktoś kolejny, doczepiam się do niego, i póki nie ma zadyszki, próbuję podbiegać. Nie trwa to zbyt długo. Potem las, polany, las, pola nad Wierchomlą i znowu zbieg. Ale niebo zaczynają zasnuwać chmury.

Asfalt.

To tu w zeszłym roku dopadło mnie zniechęcenie. Tych kilka kilometrów, rok temu – kilka godzin wcześniej, o 30 kilometrów świeższy doznawałem silnego pragnienia wycofania się na popasie w Wierchomli. Kończę mężnie teraz – biegnę ostatnie kilkaset metrów. Wcześniej przesuwam się z kijkami na plecach i rękami podniesionymi w górę.

Popas. Picie. Nie za wiele. Ziemniaki. Bulion. Pomarańcza maczana w soli. Bo wiem co mnie czeka. Teraz ten morderczy teren – w górę, wzdłuż wyciągu i potem zbieg do Szczawnika. Pyszny fragment. Dla nas szczyt tego podejścia to mniej więcej 80 kilometr biegu. Siedzę więc jeszcze chwilę. Widzę, że support Pani lekko zbiegającej – mąż pewnie masuje jej nogi. Widzę innego biegacza: stoi i rozmawia ze swoją kobietą a z nimi zwracający na siebie uwagę pies, o całkowicie białej sierści. Bardzo urocza trójka.

Siada koło mnie Pan, którego kojarzę z wcześniejszych etapów. Wymieniamy jakieś niezobowiązujące opinie. Zbieram się.

Wychodzę z bananem i Polo Coctą, którą za chwilę odstawiam. Przy zakręcie w stronę wyciągu siedzi dziewczynka. Jest profesjonalnie przygotowana do pomocy biegaczom: podaje wodę do mycia rąk, ma  dwa szklane dzbanki z wodą, w której pływają plasterki cytryny:

- Wspaniałe! – mówię. Jej stanowisko jest kilkaset metrów od punktu, więc nie ma zbyt wielu chętnych do skorzystania z jej pomocy. Myślę, że może jej być przykro trochę. – Wspaniale to przygotowałaś wszystko. Sama?

- Z niewielką pomocą Mamy – odpowiada rezolutnie.

Wyżej jeszcze jedno stanowisko. Trójka dzieci w jej wieku. Właśnie się zbierają. Wszystkie wielkie biegi już pobiegły. Zostaliśmy my, niedobitki wielkiej armii. Tak sobie o tym wtedy pomyślałem: niedobitki wielkiej armii, która musi jeszcze wykrzesać z siebie siły, by godnie pokonać ostatnich 20 może kilometrów.

Ktoś powiedział, że jak się biegnie to się niewiele myśli.

To nie jest prawda: myśli się szybko i inaczej. Mnie na przykład ten łańcuszek ludzi wbijających się stromo pod górę przypomniał taki słynny antyczny tekst o wyprawie Cyrusa (znany też pod inną nazwą „Anabaza”) napisany przez … ucznia słynnego Sokratesa filozofa, Ksenofonta. O oddziale greckich najemników przedzierających się przez góry od dorzecza Eufratu i Tygrysa do wybrzeży Morza Czarnego. Zdaje się, że do Trapezuntu. W nieustannych zmaganiach, marszach i morderczych bitwach, w samym środku obcych ludów, pałających pragnieniem wymordowania greckich najeźdźców.

Grecy też wbiegali często do góry, by zdobyć je szybciej niż ich przeciwnicy, bo taka pozycja dawała lepszą możliwość ataku: kto był na górze, spadał na tych w dole jak lawina!

Tak zobaczyłem tych idących pod górę ludzi. Z którymi dzielnie stawałem ramię w ramię, co jakiś czas wymieniając z nimi niewiele znaczące uwagi: o bólu, o pogodzie, o tym, co jeszcze przed nami.

A po zbiegu, na dole w Szczawniku właśnie się zbierał do wyruszenia bieg na Runek. Miło było słyszeć pod naszym adresem kierowane okrzyki; miło było słyszeć oklaski. A potem jeszcze milej, słyszeć, od wyprzedzających nas pędzących w górę biegaczy słowa pokrzepienia i… podziwu.

- Zabieram się z nimi – rzuciłem do ciężko podchodzących, jak i ja zresztą, setkowiczów.

- Spuchniesz, chłopie.

Zabrzmiało to, jak przestroga.

Ale kalkulacja była prosta. Jeżeli mogę powalczyć to tylko na tej meandrującej wzdłuż potoku drodze do schroniska nad Wierchomlą. Do zbiegania już się nie nadawałem. Do podbiegów, owszem jeszcze.

Więc jak się wypłaszczało choć trochę, przypuszczałem, zapewne dosyć żałośnie wyglądający szturm. By, kiedy droga jest bardziej stroma, przejść w marsz.

Schronisko. Tłum. Zdaje mi się, że jakiś jeszcze inny bieg dołączył, bo pojawiły się jakieś inne kolory numerów.

- Zdążymy się zmieścić w 15 godzin? – pytam kogoś.

Patrzy na mnie poważnie.

- Małe szanse, w zeszłym roku zajęło mi stąd do mety godzinę 45 minut.

- Runek?

- Nie tylko. Za Runkiem… - nie dokończył.

Przystanął.

Runek. Jakoś spokojnie nawet. Potem zaczęło się to ostatnie, może z 10 kilometrów. Biegacz miał rację. W górę. W dół. Jakby nie mogące się skończyć.

- Co to jest 10 kilometrów!? O już 8! – patrzę jednak na zegarek.

Mój GPS trochę mnie okłamuje, bo za chwilę przekroczę 100, a słyszę, że ktoś mówi przez telefon:

- …tak, koło Słotwin. Jeszcze 3 kilometry jakieś, będziemy za pół godziny.

Pół godziny? A moje 15 godzin?!

Przyspieszam. Co mi tam. Spróbuję. Tylko trzeba uważać na tych zbiegach. Żeby się nie przewrócić.

W górkę. Słyszę za sobą charakterystyczne chrząkanie. Słyszałem je już kilka razy wcześniej: to biegacz, któremu na trasie partneruje jego Kobieta i biały pies.

Zezuję na niego, kiedy mnie wyprzedza:

- Poznałem cię po chrząkaniu!

Uśmiecha się.

- Mam coś z gardłem – odpowiada.

Oddala się.

- A powinienem po białym psie! Piękny jest!

- Miło mi. Dzięki! – odkrzykuje.

Staram się za nim nadążyć.

Nie ma szans.

Widzę Pana od Pani Lekko Zbiegającej.

- Już tylko na dół! – woła.

Słychać odgłosy mety. Przyspieszam, łapię zadyszkę. Odgłosy nikną.

Co jest?  Gdzie ta meta?

Trasa skręca w dolinkę wyżłobioną przez potok. Trawersujemy zbocze. Nic nie słychać….

Podejście.

Iść?

Iść?

Zasuwaj!

Polana, skręt. Wokół sporo ludzi biegnących te inne dystanse. Nie wywrócić się. Zaraz tu będzie taki płot. W dole już dudni meta. Trzeba uważać. Rok temu ktoś się tu wyłożył, bo z ziemi wystają metalowe fragmenty ogrodzenia. Jest! Jeden! Choroba, drugi!

Błoto, stromo, biegacze ślizgają się, przyspieszam. Mijam ich, pędzę. Ulica. Ludzie tłukący się kijkami po asfalcie. Policjanci. Dziękuję im skinieniem głowy. Cały czas, przy wszystkich przekraczaniach dróg z nami. Kierujący ruchem. Troskliwi, aby biegacze nie musieli nagle zwalniać dobiegając do drogi. Jeden wznosi rękę w geście pozdrowienia.

Ostatnia prosta do mety. Lekko. Niemrawo. Ktoś mnie dogania po prawej. Jakiś czas biegniemy ramię w ramię. Potem porozumiemy się bez słów i na ostatnich 100 metrach zaczynamy się ścigać jak na krótkim dystansie. Ktoś trzeci się dołącza. Pędzimy te ostatnie metry jakbyśmy nie mieli za sobą tych wszystkich górek, dolinek, załamań, słabości, bólu. Ścigamy się: lekko, przyjemnie, jakby to miało się nie skończyć zaraz, tylko trwać.

 

9.09.2017, Bieg Siedmiu Dolin, 100 km, czas 15:13.

 

94 w spiekocie i grzmotach

Górny odcinek Wisłoki. Tak, właśnie tak jak się spodziewałem: temperatura dobrze koło 30 stopni. Wiatr, który wznieca tumany pyłu na piaszczystej drodze, wijącej się jak żmija lewym brzegiem rzeczki, idzie przez Radocynę, której nie ma, mija słynny barek w tejże Radocynie, gdzie można się napić wreszcie wody.

- W tych flaszkach po prawej jest woda z potoku. Jej nie pijcie. Tu – wskazuje na stół – woda do picia. Coś strasznie dużo tej wody idzie dzisiaj. Popiliście wczoraj, czy jak? – pyta wesoło. Ubrany tylko w szorty, ukryty w cieniu dachu.

Potem odbywa się coś w rodzaju chrztu, tak to przynamniej zobaczyłem. On stoi na stopniach, biegacz, jak adept jakiejś nowej wiary, stoi pod schodami z pochyloną głową.

Pada rytualne pytanie:

- Głowa czy plecy też?

- Głowa - odpowiadam i za chwilę czuję zimny kompres na włosach. Szczypanie skóry. I zaraz lęk: zatoki?! Ale nie umiem się oprzeć. Woda przyniesiona we flaszce z potoku leje się po mnie.

- Taki gorąc – słyszę - że nawet ta woda jest ciepła.

Jest nas tu kilku teraz. Chłopak, z którym jaiiś czas biegniemy koło siebie. Ktoś jest na miejscu. Podczas rytualnych ablucji ktoś inny jeszcze dociera. Ale nie jestem zbyt pewien swojej percepcji.

Człapaliśmy tu, udając bardziej bieg, niż biegnąc. Ciągnąc za sobą obolałe ciało, czując, jak słońce wciera nas w piasek i kurz. Siedemdziesiąty któryś kilometr.

Przed nami kilkakrotne przekraczanie rzeki. Po kamieniach, ale kiedy stopa osuwa się do wody – nie narzekam. Droga meandruje poszerzającą się coraz bardziej doliną. Dobrze, że nie ma już tego wyschniętego na pył błota. Gubię trasę. Grupka ludzi siedząca w cieniu, wskazuje mi kierunek. Zazdroszczę im. Chodzą w samych strojach kąpielowych, słychać charakterystyczny nadwodny rozgardiasz. To już całe rodziny; zaparkowane samochody, leżaki, koce, jazy w poprzek Wisłoki, wystawione na działanie słońca ludzkie ciała.

-       Może powiedz to swojej siostrze! – słyszę jej głos. Z trudem podnoszę głowę:

 kuca w wodzie, trzymając przed sobą kilkuletniego brzdąca, który zabawnie wymachuje nóżkami ochlapując mamę i tatę. Ten stoi na brzegu, trzyma ręce złożone na piersi i zapewne spiera się o coś z żoną.

Przez chwilę myślałem, że to do mnie….

Potem znowu sam. Powietrze gęstnieje. Od północy gromadzą się ciemne chmury. Mam wrażenie, że kręci mi się w głowie. Jestem głodny. Nie mam już sił. Próbuję wepchnąć do ust, pyszny (dawno temu, w jakimś innym zupełnie czasie, w innej rzeczywistości, sprzed biegu, bo długie bieganie to inny kosmos, inna czasoprzestrzeń, inny świat!) baton owocowy: same bakalie! Potem podejmuję kilkukrotne próby przełknięcia. Kiepsko to widzę.

Popij! Popij! - owtarzam sobie.

Poszło. Uff. Pomoże?

Musi.

 Kolejny raz przekraczam rzekę: słyszę za sobą głośne chlustanie wody. Kolega, który mnie właśnie dogonił, stoi w samym środku potoku. Za chwilę siada. Mam wrażenie, że rozważa czy się nie położyć. Ostrzec go? Na oko ma dwadzieścia kilka lat, pewnie nic mu nie będzie. Myślę sobie jednak, że gdybym zrobił to samo co on, już pewnie bym nie wstał.

Do punktu w Wołowcu docieramy razem. Znowu. Ramię w ramię, tak jak w Chyrowej, kilkadziesiąt kilometrów wcześniej: jeszcze przed pasmem granicznym, jeszcze przed Ożenną.  Dobrze poszło wbicie się w górki za Olchowcem. Lubię tamten fragment, kiedy powoli nabiera się wysokości a potem już atakuje żółtym szlakiem Baranie. Jak w górach… No a potem pasmo graniczne z uskrzydlającymi widokami na stronę Słowacji. Robię jakieś wydumane selfie. Ile to kilometrów temu? A  i przecież w Ożennej, gdzie rok temu w takiej samej pogodzie poddałem się, bo sobie wyobraziłem właśnie to, co obecnie przeżywam – niekończące – jak się zdaje – przemieszczanie się tą doliną - smażalnią, doliną tajemniczą, tragiczną, a i romantyczną pewnie po trosze, doliną, gdzie kiedyś była wieś Radocyna, zbudowana po obu stronach górnego Wisłoka, a teraz jest tylko resztka sadów, cmentarzyk i zabudowania, gdzieniegdzie letniskowe, bo chyba nikt się to nie chce osadzić na stałe... Tam w Ożennej, wymieniliśmy z tym oto kolegą, który siedzi koło mnie na ławce w Wołowcu, krótkie uwagi na temat tego, co dalej. Ja byłem pewien, że pobiegnę te 92 czy 94, jak mówią urządzenia. Ale teraz, kiedy siedzę w Wołowcu, wcale nie mam pewności, że uda mi się dotrzeć do końca.

Ale wtedy przyszłamyśl: przecież po to tu przyjechałem, aby napierać, a nie zastanawiać się czy tak, czy siak.

Zebrałem się więc.

I wtedy stało się coś dziwnego. Pojawił się chłodny, przedburzowy wiatr. Jakby tam na Górze uznano, że dosyć już tego skwaru, gorąca, stanu oczekiwania na to, że coś się wydarzy! Wiatr był naprawdę zimny. Z oddali docierały pomruki nadciągającej burzy Poruszałem się  z trudem w stronę Bartnego. Trud wynikał ze zmęczenia, ale i dlatego, że kolejny raz podczas tego biegu popełniłem błąd: w punkcie zjadłem i wypiłem za dużo. Taki stary, a taki głupi, ale nie mogłem sobie darować wgryzania się w soczyste arbuzy, więc teraz miałem za swoje. Znowu dogonił mnie ten chłopak, który siedział w rzece.

-       Nie jest ci teraz zimno? – spytałem go.

-       Coś ty – odpowiedział.

Znowu jakiś czas razem, po czym zginął mi wyrywając do przodu.

Powoli żołądek zaczął się uspokajać.

W bacówce w Bartnem jakby nigdy nic siedzi dwójka biegacz, jak turyści, przy stole a z nimi mój kompan. Nie zostaję z nimi. Ruszam dalej. Po chwili doganiają mnie. Jakiś czas prowadzę nasz mały peleton, póki nie gubię kijka. Wyprzedzają mnie, za chwilę tracę ich z oczu. To dziwne jest miejsce, przed Magurą Wątkowską. Biegnie się jakby skrajem bagna lub całkiem sporego torfowiska. Ścieżka koszmarnie kluczy. Trzeba uważać. Błoto potrafi dokuczyć. W pewnym momencie zostawiam w nim swój but. Orientuję się po chwili dopiero. Chyba jestem zmęczony, bo przez moment wydaje mi się, że mogę dalej lecieć bez niego… Ale trzeba wracać i wyciągać go, wprasowanego w błoto. Doganiam dziewczynę i chłopaka pod Magurą. Wszyscy jesteśmy już solidnie zmęczeni. Dalej niby równą granią, ale cały czas ścieżka kluczy. Góra, dół. Drogi. Podbiegi. Zbiegi. Robi się coraz ciemniej. Popaduje deszcz, ale to jeszcze nic. Potem przychodzi prawdziwa burza. A z nią ulewa. Jakby ktoś odkręcił obficie prysznic nad nami. Wciągam kurtkę przeciwdeszczową. Moi towarzysze nie mają nic. Zaczynamy jakiś zbieg. Robi się ślisko. Kilka razy kijki powstrzymują absolutnie pewny upadek. Para zwalnia. Nie mają kijków a ścieżka zmienia się w potok, który pędzi w dół z szybkością wodospadu. To już nie grzmi. Mam wrażenie, że pioruny są tuż.Widzę szałas, pewnie specjalnie w tym celu postawiony w lesie. Chronię się w nim. Trzęsę się z zimna. Burza jest nad nami. Z nieba leją się potoki wody. Czekam trochę, aż burza odejdzie i wyruszam w trasę. Ile to może być jeszcze, 10 km? Ostatni żelek, z trudem jestem w stanie go przełknąć, bo kiedy dłużej piję, by łatwiej było organizmowi przyswoić kalorie – nie oddycham. Kiedy nie oddycham, robi mi się słabo.

Ale jednak posuwam się naprzód. Mimo wody, błota, głodu i śliskich korzeni – biegnę. Nikt mnie nie dopinguje. Nikt nie widzi. Biegnę, mimo wszystko, bo po to tu jestem. Może jestem ostatni, gdzieś w tyle stawki: wszystko mi jedno. Ulewa opatula mnie jak balsam, kokon. Muszę tylko uważać, żeby nie wyłożyć się na śliskim terenie, bo pewnie miałbym kłopoty z powstaniem. Ale nie przewracam się. Jest zimno, leje. Dobiegam do asfaltowej drogi schodzącej do Krempnej. To przełęcz Hałbowska, stąd idzie ostatni odcinek. Schody z bali, z których każdy teraz zmienia się w ślizgawkę. Ale ja się nie mogę przewrócić. Już jestem niedaleko od mety, kiedy burza wraca. Znowu te suche trzaski. I niemiłosierna ulewa. Przypominam sobie rozmowę z kimś, kilkanaście a może kilkadziesiąt kilometrów wcześniej o napięciu krokowym.  I o piorunach. Ale się już nie zatrzymam. Nie będę czekał. Chcę to skończyć. Mieć ten bieg za sobą.

Asfaltem na ostatnich metrach płyną potoki. Ktoś przede mną idzie. Utykając wyraźnie.

-       Stało ci się coś? Skręciłeś nogę? – pytam.

-       Nie.

To co innego: to biegacz, który jest w najwyższej chwili swego triumfu. Zmierza do mety, mimo że całe jego ciało się buntuje. Ale on się nie podda. Nigdy. Mimo że ciało chce go zatrzymać w miejscu, on dotrze do kresu.

Na mecie prawie nikogo już nie ma. Leje. Grzmi. Niedługo zrobi się ciemno. Ktoś się orientuje i nakłada mi na szyję medal. Ktoś woła, abym poszedł coś zjeść.

Kiedy będę wychodził spod prysznica, jakiś czas potem, jest już prawie zupełnie ciemno. Rozmawiam z dziewczyną z GOPR-u, która się martwi o ostatniego na trasie.

- Jak on sobie poradzi po ciemku na tych oślizłych stopniach? – też się martwię.

- Pewnie trzeba po niego ruszać, może gdzieś tam leży po ciemku w tej ulewie…

Ale wtedy właśnie z mroku wyłania się postać. Słychać tupot.

-       To chyba on! Biegnie.

-       A co ma robić?

Biegnie. Ciągnie do mety. W końcu po to tu jest, aby biec. Do końca.

 

III Ultramaraton Magurski, dystans oficjalny 92 km, nieoficjalny 94, 19 sierpnia 2017

 

Na szerokiej poloninie w drodze do morza

Domy i resztki domow

Piesiu na prowadzeniu

Sycylijska bieganina


Z domu asfaltowa droga w stronę morza. Nie zeby jakaś wielka górka, ale każdorazowe wyjście na taras - nas ludzi jednak z prostej północy - oszałamia. Tak, to jest widoczek dla ceprów: pod nami właściwie spod naszych stop, zaraz za wąską drogą, która w stronę morza jedzie, zaczyna się szeroka dolina. W dole gaje pomarańczowe, cytrynowe zagajniki, po przeciwnej stronie brunatne, rdzawe, miodowe wzgórza. Na niektórych wierzchołkach domy, na większości jednak pozostałości domów. Prawie zawsze w kepie drzew: cyprysy, ale raczej pinie. Widać tez ujście rzeki do morza. Sama delta pokryta gęstymi zaroślami, ale po obu stronach zarośli eukaliptusowe zagajniki. Jak straż przyboczna.
Tamtędy się biega. Trzykilometrowy pas lasu ciągnący się wzdluz  plazy. DolIna od zachodu i wschodu otoczona jest pasem wzgórz. My mieszkamy po jednej stronie, druga stronę mamy przed oczyma. Oba wzgórza spadają do morza mniej lub bardziej dramatycznymi zerwami. Szczególnie ta przed nami jest piękna: żółć, brąz, zieleń - po czym rażąca oczy biel: skaly, a zaraz za nimi różne kolory lazurowego morza. Tak to wyglada. Tak tu jest.
Co robi biegacz, który w takim miejscu ma się szykować do ultramaratonu, będąc na Sycylii na wakacjach?
Co ma robić?
Proste. Najpierw więc wypatruje trasy, czy puści doliną a potem rozmyśla nad tym jak tam sie da po drugiej stronie. Ale potem się przestaje zastanawiać wiele, tylko wstawszy rano, kiedy reszta uczestników sycylijskiego odpoczywania jeszcze śpi, wdziewa strój, tankuje wodę i zbiega meandrująca droga w stronę morza. Jest rześko, słońce już mocno swieci, ale może jeszcze z godzinkę chociaż nie będzie upału. Który dosłownie potrafi tu spowodować regularne dreszcze, szczególnie kiedy się wbiegnie w jakaś dolinke, nie ma ruchu wiatru tylko cykady i gorący płaszcz ciepła, jak kompres, na całym ciele.
Biegnie się wiec w dół, potem wbiega do lasu, wąska droga i za chwile jest się ukrytym w aromatycznym cieniu eukaliptusów. A cykady drą się jakby miały ochrypnac. Całe fale cykadowego tarcia przetaczają się przez las.
Biegnie się na wschód, bo na południu Sycylii wzdłuż wybrzeża sa tylko dwie drogi albo na wschód, albo na zachód. Teraz wiec biegnie się na wschód i po jakiś czasie droga się kończy. Trzeba wyjść na plaże i ruszyć w stronę bieli skał zsuwajacych się do morza. Rzeka dzisiaj znowu wpływa do morza. Wczoraj na przykład nie wpływała. Miała do pokonania może pół metra plazy. Ale do morza nie dotarła. Dziś przedziera się dzielnie kilkucentymetrowa strozka. Z ladu dociera do tego miejsca szerokimi rozlewiskami, jakby woda grała w grę ze słońcem: zdąży przedrzec się do morza czy tez zamieni się w pare i nigdy don nie dotrze? Dzisiaj o włos wygrała. Wczoraj zwyciężyło słońce .
Za rzeka na plazy jakaś postać. W głębi ladu, pod namiotem ze starych worków foliowych albo czegos innego, druga postać. Ten stojący - mężczyzna. Ta pod "namiotem" kobieta. Chyba trudni się rozpalaniem ognia.
Mężczyzna w dresie zapiętym pod szyje. Poorana zmarszczkami, spalona słońcem twarz. Na nogach rozczłapane, brudne adidasy.
- Buongiorno.
- Salve.
- Pusto tu - mówi i rozgląda się. - a gdzie są jakieś osady?
- Owszem - pokazuje na zachód - jedna tam jest i za ta skala, po drugiej stronie druga.
- Pan tu mieszka?
- Nie, jestem na wakacjach.
Widzę ze spod płachty, która leży koło ich obozowiska, wyłazi młody biały piesek. Widziałem go dwa dni temu, kiedy bawił się z nami i ze swoją matka na parkingu koło pozostałości sycylijskiej Eryklei.
- To wasz pies? - pytam.
- Nie. Przyplątał się.
- Ja wiem skąd on jest. I pokazuje na skaly nad nami. - Stamtąd.
- Ciao.
Wołam po polsku: piesku do domu? Do mamusi?
Zwierzątko wylazi z cienia, przeciąga się i i za chwile biegniemy razem. Nogi zapadają się w piasku.
Obserwuję psa. Biegnie raz przede mną, raz za mną. Jest bardzo ostrożny. Nie zbliża się. Nie oddala. Biegnie z wyraźna radością, jakby robił to przez całe swoje krótkie życie. Na początku ma tylko otwarty pyszczek, ale po chwili jezorek zwisa zawadiacko wystawiony miedzy ząbkami. Po ząbkach, ostrych jak szpileczki, widać ze piesek to jeszcze szczeniaczek.
Zbliżamy się do skał. Aby dostać się na górę, trzeba przemieszczać się wąskim, pokrytym białym piaskiem zachodem. Sprawnie pieskowi to idzie. Trzyma się tuż mojej nogi. Czuje jego oddech na łydce. Potem jest mała grań. Niezbyt przyjemna. Krucha i eksponowana, dla człowieka bez problemu raczej. Piesek jednak nie jest w stanie pokonać jednego progu. Próbuje go obejść, ale wycofuje się, bo się wydostaje na ekspozycje. Zawraca. Jest już ode mnie kilka metrów. Przysiada i patrzy. Ja tez schodzę do podstawy progu. Wołam pieska, raz, drugi. Wyłania się zza kamieni. przybiega. Patrzy na mnie, wydaje mi się, jakby pytał: i co dalej?. Nie zastanawiając się wiele biore go pod paszki i unoszę w powietrze. Czuje pod palcami stukające serduszko. Albo od biegu, albo z emocji. Trzymam pieska przed sobą i wydostajemy się na próg. Kiedy jesteśmy na gorze, stawiam go na ziemi. Szczeniak rusza jakby nigdy nic. rusza biegiem. Ja za nim. Droga wiedzie wśród ogromnych starych opuncji. Obserwuje grube zdrewniałe, jak konary starych drzew, ich pnie. Piesek coraz dalej wybiega przede mnie. Wreszcie docieramy na parking. Obaj się zatrzymujemy. Piesek sprawia wrażenie, jakby się bal, ze dostanie bure od mamy. Jest jak nastolatek, który wrócił do domu po jakiejś psocie. Powoli jednak oddala się ode mnie. Jeszcze oglada się raz czy dwa, po czym rusza truchtem w stronę ogrodzenia. Ja tez ruszam w swoją drogę. Kilka razy oglądam się za siebie czy go nie widać pieska, ale chyba jednak udało mu się wrócić do swoich.
A ja?
Ja będę jeszcze trochę biegł po tych górkach po drugiej stronie doliny. Trochę się pogubię w makii, podrapie się do krwi, a potem wypatrzona z góry droga polna będę się przemieszczał w narastającym upale. Będę widział konie pasące się na otwartych, spalonych słońcem polanach, zobaczę tez miejsce, gdzie kiedyś stała bizantyjska bazylika, a dzisiaj faluje tu na wietrze jaskrawożółta trawa i osty. Będę biegł po jakiejś górze, na ktorej skala przypomina zetlały lukier, albo jakaś inna polewę, która w miejscach gdzie popękała pozwoliła łaskawie rosnąć i schnąc ostom, trawie i jakimś nieznanym mi z imienia okropnie kłującym chwastom. Aż wreszcie, wracając na swój brzeg doliny, dotrę na parking, gdzie zostawiłem pieska, ale go już tam nie będzie, co mnie bardzo ucieszy i pozwoli zejść ze skał i wrócić do domu, na druga stronę, znowu przez las, pośród wrzasku cykad, dostanę sie na swój brzeg doliny, który opuszczę znowu na kolejny trening a za chwile już na zawsze, bo taka jest kolej rzeczy.

 

Widziałem zieloną mgłę pod Lubomirem

 

Auto z trudem radzi sobie na stromym podjeździe. Stary grat! Może warto by było go wymienić na lepszy model.  Łatwiej i szybciej poruszało się dwupasmówką idącą doliną Raby. Zjazd. Przejazd przez most i wkrótce potem samochodowa wspinaczka. Nawet coś w rodzaju serpentyn. Nie jest wcale jakoś późno, skąd więc ów niepokój? Przełączanie biegów nerwowe? Wąska droga granią idąca między domami. Jakieś karkołomne mijanki. (Gdzie oni się pchają? Czy tu jest jakieś pobocze w ogóle? Mógłby się trochę posunąć, czemu ja mam zjeżdżać? Uff. Udało się. Jeszcze jeden? Mam cofać czy jak? Spadnę jak nic! Czy on nie widzi, że z miasta jestem, nie stąd?) Wreszcie pierwszy parking, cały zatłoczony, za nim następny. Wybieram miejsce na łące zamienionej w parking.  Jeden, drugi, trzeci rząd samochodów. Ależ tam wysoka trawa. Mogliby wykosić, jak każą tu parkować! Pewnie trawa zasłania jakieś monstrualne błoto albo dziury! Zapadnę się jak nic, po ośki!

Jakie ośki? Przestań. Normalna łąka. Ostatnio trochę tu lało, nic dziwnego, że trawa rośnie. Maj jest w końcu. Przyroda rozpędza się do życia. Przyrasta. Patrz jaka zieleń wokół. Aż chce się ją podnosić do ust. Jest taki przejmujący wiersz Osipa Mandelsztama, z którego pamiętam tylko początek w polskim przekładzie: Do ust chciałbym podnosić tę zieleń… Ech, życie. Pisał to poeta zesłany w latach 30. do Woroneża z Petersburga, gdzie pewnie pierwszy raz w życiu, mieszczuch, poczuł czym jest wiosna. Wiosna. A ja czym się zajmuję, taktyką parkowania?! Tak. Taktyka jest taka jakbym miał stąd zjechać przed innymi. Sam się sobie dziwię, skąd ten absurdalny niepokój, że ktoś mnie zablokuje i będę musiał przepychać się między autami. W drugim rzędzie od drogi? Przodem? Czy tyłem? Albo zaraz przy drodze? Bezradnie manewruję tratując oponami trawę. Z domu wychodzi kilkuletnia dziewczynka, potem jej mama. Pokazują mi gdzie mam stanąć. Pokornie podporządkowuję się. Drugi rząd, musowo zablokują mnie i będę musiał tu tkwić, czekając na maruderów.

Skąd ta myśl? Skąd ten niepokój? Sam będziesz tym maruderem pewnie, będziesz wyjeżdżał z tej łączki parkingowej jako jeden z ostatnich.  Więc do not be afraid

- Trzy złote – słyszę.

- Proszę?

- Trzy złote. Za parking!

A to klops. Chyba nie mam tyle. Przecież nie pojadę do bankomatu w dole!

Przecież masz dychę! Mam, faktycznie. Żona dała mi ją przed wyjazdem i przypomniała, że tam trzeba płacić za parking.

Gdzie ja to dałem?

Pakowanie przed biegiem. Upychanie żelków po kieszeniach. Kluczyków do samochodu. Folii NRC. Kurtki (zapowiadali wiosenne burze). Banan. A, w dokumentach. Gdzie one? Przegrzebuję torbę z ubraniem, w które mam się przebrać, kiedy tu za kilka godzin się zjawię. Bo przecież o 15 ma być burza i pewnie będę przemoczony do nitki. Jest, przecież włożyłeś do schowka, bo nie zabierasz ze sobą na to pewne przemoczenie. Potop. Zlewę i trzaskanie piorunów.

- Proszę – podaję pani dychę.

- Zaraz przyniosę resztę – mówi i odwraca się na pięcie. Dziewczynka zostaje.

- Na zawody? – pyta.

- Ano – odpowiadam. – Dużo  ludzi?

- Wcora już przyjecholi – mówi jakoś tak dziewczynka. – Startowali z latarkami po nocy!

A to ci, którzy wyruszali na 170 km.  Inni potem nad ranem na 107. Rankiem całkiem na 64. A my, emeryci, o 11 na 48km.

-       Strasznie późny ten start – myślę sobie, kiedy wlokę się pod górkę do schroniska.

Dzwonię do żony. Słyszę niepokój w jej głosie, bo dyszę, jakbym miał ducha wyzionąć.

-       Ty na pewno dobrze się czujesz?

Pewnie że dobrze.  Może nie wyśmienicie, ale dobrze. Jestem chyba wytrenowany, aby dobrnąć do mety. Wszak ten start, to ma być starcik, sprawdzian przed poważnymi zawodami. Sprawdzenie wytrenowania. I kilka pytań, które chcę zadać swemu organizmowi. Jedzenie. Tempo biegu. Kijki. I w ogóle, sprawdzić swoją dalszą motywację do łojenia, bo jakoś nie jestem jej do końca pewien.

 

-       Proszę o dowód – mówi do mnie dziewczyna w biurze zawodów.

-       Nie, no żartuje Pani, nie mam przy sobie! Muszę wrócić na parking!

-       Nie masz? – mówi mi na ty.

-       Mam, ale w samochodzie.

Dziewczyna ma mniej lat niż moja starsza córka. Bo wszyscy biegacze to jedna rodzina…

-       Jak się nazywasz? Sprawdzimy na facebooku. Bo jesteś chyba na Facebooku?

 

-       Koehler. Krzysztof Koehler.

Wpisuje do komórki. Patrzy na zdjęcie. Porównuje.

-       Tak, to  ty. W porządku.

-       Czy pan nie wykładał kiedyś na UJ-ocie? – odzywa się nagle druga, zajęta do tej pory grzebaniem w  pakietach startowych.

-       Tak, przed wiekami, w dobrych latach 90.

-       A to Pan uczył moją siostrę! Słyszałem o Panu od niej!

Choroba! Ile to już lat temu!

-       A jak się ona nazywała? – mówię bez przekonania, bo nie ma żadnych szans, żebym to zapamiętał.

Wymienia jakieś absolutnie nieznane mi nazwisko.

-       To proszę ją pozdrowić. Co porabia?

-       Ma męża, dzieci. Mieszka w Londynie.

-       Od dawna?

-       Nie, od dwóch lat. Najpierw mieszkała w Krakowie, potem przeniosła się do Warszawy, a stamtąd do Londynu. Nie jest już dawno polonistką! Nigdy nie była zresztą.

-       A co robi?

-       Pracuje w jakiejś firmie consultingowej, w City.

Do biura wkracza jeden z organizatorów, którego internetową odprawę przed biegiem oglądałem poprzedniego dnia w autobusie jadąc z pracy do domu. W mojej komórce wyglądał nieco inaczej.

-       Wiesz, że ten pan uczył moją siostrę na polonistyce na UJ-ocie?

Podajemy sobie ręce.

-       Dobrze, że nie mamę – mruczę pod nosem. – Choć pewnie i mamę równie dobrze mógłbym uczyć!

 

Wracam do auta, niosąc pakiet startowy. Jest batonik. Już jestem głodny, a jeszcze nic się nie zaczęło.

 

-… po drodze, tu pewnie niedaleko od startu, powinien was minąć finisher 107 kilometrów. Chyba jest już niedaleko. Wiem, że bardzo chciał zdążyć na wasz start, aby wam dodać animuszu.  Uważajcie na niego, zróbcie mu miejsce. Pewnie nie jest najbardziej wypoczętym człowiekiem na świecie…. Uważajcie na siebie…

 

Kończy się przemówienie organizatora, z którym jakiś czas temu wymieniliśmy uścisk dłoni.

Rozglądam się po ludziach. Nie jest nas wielu. Na oko jakieś kilkadziesiąt osób. Ostatnie rozciągania. Głośne, nakręcane adrenaliną, wymiany zdań. Podskoki. Kibice. Dzieci. Psy. Widzę biegacza, który zbliża się od schroniska w towarzystwie swego czworonoga. Podziwiam świetnie zaprojektowaną obrożę, opinającą właściwie całe psie ciało.

-       Mojemu też by się to przydało, ale chyba tylko po to, abym go mógł łatwo ciągnąć – zagaduję biegacza.  – A pański poradzi?

Uśmiechamy się do siebie. Spotkam go potem na trasie. Będziemy szli asfaltową dróżką, kiedy już skręcimy w prawo, a jego piesek będzie co jakiś czas przystawał, węszył albo nawet tarzał się w trawie. Wyprzedzą mnie. Potem ja ich wyprzedzę i więcej już nie zobaczę podczas tego biegu. A może nawet w życiu.

Nikt więcej nie wpada mi w oczy. Na starcie. No może biegacz ubrany na żółto. Też się jakoś z nim potem spotkam. Jakiś czas będę za nim sunął, widząc jego koszulkę przez listowie. Potem nasze drogi się rozejdą. Nie wiem kiedy, nie wiem jak…

 

Zstępujemy  z Trzech Kopców do miejscowości Lubień. Ładnie, długo, spokojnie. W sumie raczej w dół, co jakiś czas delikatne podbiegi. Mija mnie dziewczyna, dreadloki, chusta na głowie i spory plecak na plecach.

-       Wygodnie się z tym biegnie? – pytam, bo moja wcale nie obciążona kamizelka Salomona, trochę już ponaciagana, telepie się jak  stara horolezka.

-       Na początku. Ale potem idzie się przyzwyczaić.

Trochę sapania. Widzę wzór na plecaku.

-       To z dni młodzieży? – pytam, bo co jakiś czas jeszcze widzę na mieście ludzi, noszących na sobie tamte plecaki z charakterystycznym znakiem.

Odpowiada mi, coś na kształt, że jak najdalej jej do tego. To nie jej klimaty.

Coś odpowiadam, ale robi mi się przykro. Przecież chyba jej nie obraziłem, pewnie przeciwnie, wyszedłem na kiepskiego znawcę firmowych plecaków.

Dogonię ją potem, kiedy zacznie się mordęga na Szczebel. W sumie już niedługo. Kiedy napijemy się wody w punkcie w Lubieniu, a potem będziemy szli taką dziwną asfaltową drogą strasznie stromo koło dwupasmówki, która zaraz się tu gdzieś skończy. Jakbyśmy pochodzili drogą awaryjną koło autostrady.

W cieniu drzewa, jest na pewno ledwie po południu, siedzi starsza niewiasta z jakimś tobołkiem.

-       Gorąco! – zagaduję.

-       Ma lać – odpowiada szyfrem starszych ludzi, którzy lubią wiedzieć co nastąpi i wiedza ta daje im lekką przewagę nad młodzią.

 

Która jak zawsze pognała do przodu na początku biegu.  Zniknęła za górką, a my prawie w samotności popylamy na Szczebel. Ale tempo utrzymujemy takie, że widzimy tylko koszulki przed sobą. Za nami coraz puściej.

 

Zsuwanie się ze Szczebla. Co za cholerstwo?! Toż to nie zbieg, tylko bezradne łapanie się drzew i zsuwanie się po ruchomych kamieniach. Wtedy wyprzedza mnie po raz pierwszy. Osoba, która stanie się dla mnie właściwie cichą i nieznaną towarzyszką tego biegu. Będę się z nią mijał na punktach odżywczych, będę ją wyprzedzał w drodze do góry i zawsze ustępował jej w zbieganiu w dół. Raz będziemy blisko siebie, niekiedy dystans między nami będzie tak duży, że – przynajmniej dla mnie – jej istnienie będzie dla  mnie absolutnie obce. Tak, bieganie większych dystansów bywa doświadczeniem egzystencjalnie dosyć głębokim: doświadczamy obecności, po czym równie bezrefleksyjnie doświadczamy nie-obecności.

Ostatnie kilometry tego biegu,  właściwie już gdzieś od Przełęczy Wielkie Drogi aż po zmagania o Lubomira, kiedy pogoda się zepsuje, zrobi się chłodno, nadciągnie wiatr i mgły, przemieszać się będziemy wspólnie.  A zbieg z Trzech Kopców do mety traktować będziemy omalże nie z kurtuazją.

-       Niech pani ciśnie, ja pociągnę za panią – mówię, choć w głowie jawią się myśli czy nie rzucić się do ostatniego wyścigu tego biegu. Jest moc, jest siła, można by się na sam koniec pościgać…

Dziewczyna biegnie przede mną. Zerka co jakiś czas na zegarek i lekko, uważając by się na tych ostatnich kilometrach nie przewrócić, bo błoto, kamienie i korzenie, ogląda się za siebie. Niby nic, ale zastanawiam się co by się stało, gdybym na ostatnim kilometrze, bo znam już ten teren: z lewej dochodzi szlak czarny, chyba z prawej zielony do przełęczy Suchej, jest naprawdę niedaleko, może przycisnąć… ale po co? Biegniemy na tyle szybko, że nie muszę się o nic martwić. Pewnie człapiemy gdzieś w drugiej połowie stawki… Może nawet na szarym końcu? Pamięć podpowiada osoby, które stanowiły jakąś część historii tego biegu dla mnie, ale… czy ja je wyprzedziłem, czy one mnie? Pewnie one mnie, bo raczej pamiętam je z początku biegu. Potem się wszystko dziwnie zaciera. Gdzie jest ta dziewczyna, która nie miała z założenia nic wspólnego ze Światowymi Dniami Młodzieży? Gdzie jest ów pan z psem? Gdzież jest ów „żółty zawodnik”?

Gdzież są? Z przodu? Z tyłu? I co znaczyło dla nich spotkanie ze mną? O ile je w ogóle zarejestrowali.

Od mniej więcej połowy trasy mam absolutnie wrażenie, że za mną nie ma nikogo, w sumie może naprawdę od posiłku w Kasinie Wielkiej na stacji kolejowej, gdzie wymieniłem jakieś miłe, spokojne słowa z chłopakiem, który jakiś czas podążał za mną. Chyba zjadłem mu jego kuskus z sosem pomidorowym. Albo nie. Sam nie wiem. Było tam takie miejsce, gdzie wszystko się mieszało. Sporo już kilometrów za nami. Stałem i jadłem kuskus i bezmyślnie patrzyłem na drogę, którą tu przybyłem. Nie widziałem nikogo. Chłopak siedział i jadł. Zastanawiałem się, kiedy mnie przegoni.  Ale, gdy spod lasu, po stromym podejściu wyprowadzającym z Kasiny oglądałem się za siebie, nie widziałem nikogo, a całkiem sporo drogi widziałem z tyłu, za sobą.

I kilka razy fotograf, który pojawiał się nieoczekiwanie z gęstwiny.

I trasa. Widziana moimi oczyma i oczyma tego, który dojeżdża do punktów odżywczych na trasie samochodem.

Jedno i drugie widzenie.

Względne wszystko. Wymieszane postrzeganie.

 

Na mecie mglisto i deszczowo.

Ściskamy sobie dłonie z panią, która była moją towarzyszką tego biegu.

Medal. Piwo (nie ma jak wypić, muszę się spieszyć do domu).

Zejście do samochodu.

Pomiędzy jedenastą a siedemnastą świat się zmienił: nie ma już słońca, wiatru: jest mgła i zimno.

Pod Lubomirem widziałem zieloną mgłę. Tak mocno przebijała przez nią świeża wiosenna zieleń, że barwiła kłęby białej zawiesiny na kolor zielony.

 

Regatta Ultratrail Małopolska, 20 maja 2017, dystans 48 km, czas: 6:41:18. Miejsce na mecie: 17.

Hamlet z Ożennej

Czy tak? Wytrzymam w takim tempie? Przede mną, jakieś 100-200 metrów para biegaczy. Myślę, ba, jestem pewien, że to kobieta i mężczyzna. Skąd to wiem? Mężczyzna mnie jakiś czas temu wyprzedził, do kobiety  zbliżałem się sukcesywnie przez ostatnie kilometry. Ale nie mam wcale pewności. Też, jak ja, przechodzą cały czas do marszu, ale potem, jak i mnie, coś znowu porywa ich do biegu. Bezwiednie ich naśladuję. Mijam dwójkę chłopaków idących na miękkich nogach. Nie wiem, co się dzieje! Nie wiem, skąd ta słabość! Przecież bez przesady: za sobą mamy dobrze ponad 50 kilometrów (tylko?! – bywało więcej); przed sobą – wciąż pojawiające się i wciąż przed nami, jak złośliwe gnomy, zakręty, a nad nami rozpalone słoneczko. Jest trochę po dwunastej: biegniecie sobie właśnie po rozmiękającym asfalcie i metę w Krempnej macie już w zasięgu ręki (nogi?). A pary jakoś mocno brakuje…

Co za mną? Drugie już uczestniczenie w najpiękniejszym biegu w jakim w życiu biegłem: Ultramaratonie Magurskim. Z zeszłego roku wciąż pamiętam (pewnie będę pamiętał całe życie już) trwającą ponad dziesięć godzin ekstazę przebiegnięcia trasy długiej, ponad 80 km, z tego roku – potwornie silne dylematy w Ożennej, czy jechać planowaną 88+ czy też odpuścić i ruszyć na 55+. Stałem w tej Ożennej dobrych dziesięć minut napychając się arbuzami i pomarańczami i hamletyzując nurzając się w rozważaniach: długa czy krótka. Na długą właśnie wkraczał mój ubiegłoroczny towarzysz poznany w czasie biegu. Za mną, wiem, bo ją wyprzedziłem na asfalcie wiodącym z Chyrowej, biegła ubiegłoroczna zwyciężczyni w kategorii kobiecej a ja co, co ja mam robić?

Miła Pani z obsługi podchodzi i co i raz pyta biegaczy, którą trasę wybierają. Słyszę ją, ale unikam kontaktu, bo kontakt równa się deklaracji:

-       Jak już przebiegliście 47 kilometrów to 40 będzie z górki!

Łatwo Jej mówić! Znam tę drogę: kamienna droga doliną Radocyny, kamienna droga doliną aż do Wołowca. Pył i kurz w stojącym pewnie powietrzu w temperaturze dobrze koło 30 stopni Celsjusza. Tak to widzę, a widząc chyba decyduję, ale sam przed sobą się jeszcze nie przyznaję.

W końcu cały rok czekałem na ten bieg! Tak. Bo to jest jeden z piękniejszych biegów, w których uczestniczyłem. Nawet dzisiaj, rano, prawie sześć godzin temu! Spóźniłem się na start. Tak. Bo najpierw zaspałem w swoim samochodzie, potem nie umiałem sobie nałożyć z pośpiechu soczewek, potem zjadłem coś, za szybko… toaleta i…

-       Pospiesz się! Bieg się zaczął!

Widzieliście biegacza dopinającego się ze wzrokiem lekko zamglonym o świcie 20 sierpnia przebiegającego linię startu jakiś czas po grupie? To ja byłem. Dobrze, że pobiegłem chociaż w dobrą stronę! A nie w przeciwną.

-       Szybko, szybko! – głos

-       Wolniej, masz przed sobą ponad 80! – głos.

-       Gdzie peleton?

Nagle – jak w sennym koszmarze, bo to godziny świtu, niebo się różowi na wschodzie, oczy zaspane (kto to wymyślił, żeby spać w samochodzie?), ciało obolałe – biegnie ku mnie tabun ludzi! Co się dzieje? Niedźwiedzie, przed którymi ostrzegają tu znaki? Rysie?

Nie! Okazało się, że peleton pobiegł na pamięć i oto zawracał. Zatem przez moment byłem… prawie pierwszy! Ale bez podniecenia. Spokojnie. Spokojnie. Świetna, chłodna pora. Wszędzie gęsta rosa. Ciągniemy pod górkę. Tabun, który biegł na mnie, teraz mnie wyprzedza. Chłopaki, dziewczyny, ślizgając się na błocie ciągną tempem, które mnie, nastawionemu na 80. zupełnie nie odpowiada.

Ależ tu pięknie! Bo wybiega się potem na polany. W dolinach wszędzie mgły. Biegnie się ścieżką wijącą się grzbietem. Gdzieś po drugiej stronie doliny widzę drogę do Dukli. Chyba nie jesteśmy daleko od Dukli w sumie. Potem zbieg do Chyrowej. Potem w górę asfaltem i tymże asfaltem ciągniemy do Olchowca. Tam punkt. Ktoś mi mówi, że jestem 94. Nieźle, myślę sobie, ciekawe ilu z tych dziewięćdziesięciu czterech będzie lecieć 80? Pamięć wywołuje wczorajsze, wieczorne rozmowy w szkole w Krempnej. Z biegaczami, z ludźmi z obsługi. Z niektórymi pamiętamy się z ubiegłego roku.

-       A to pan? – ktoś mnie  zagaduje w kuchni. – Pamiętam pana z punktu w Bartnem.

-       Ja też pana pamiętam. Gdzie pan będzie w tym roku?

-       Nie wiem, pewnie też tam.

-       To się zobaczymy!

Ale czy się zobaczymy? Czy na pewno? Bartne to punkt, od którego zaczyna się tu ostatni etap trasy. Podejście pod masyw Magury Wątkowskiej. Ależ tam pięknie! Pamiętam oświetlone blaskiem słońca torfowiska. Następnie przedzieranie się granią na wschód, do domu. Czy tam dotrę w ogóle?

Już na  pasie granicznym, czuję, że coś nie tak. Że jakoś za bardzo zmęczony jestem. I że jakoś dokucza mi ciepło. Piję. Podjadam, ale źle to wygląda. Jedzenie mi nie smakuje. Picie i owszem, ale nie daje sił. Słodkie. Kabanos. Krakersy.  Gdzie moc? Gdzie jesteś mocy? W zeszłym roku tutaj… Coś bredzi we mnie. Ale w zeszłym roku było w zeszłym roku, teraz jest ten rok. Lecz inaczej jest w tym roku. Nawet te graniczne widoki na Słowację, otwierające się po lewej stronie. Teraz odczuwane przede wszystkim jako silne natarcia słońca. Gdzieś zaczyna krążyć w głowie myśl o skróceniu trasy. A jeśli tak, to i o podniesieniu tempa. Przyspieszam więc. Potykam się. O mało nie upadam, ale łapie mnie skurcz. Już teraz? Oj, myśli, myśli…

Wyrównuję tempo na zbiegu do Ożennej. Wijąca się wśród łąk kamienisto-trawiasta drużka w dół. Pięknie. Naprawdę pięknie. Dolina. PGR-y. I jestem. Tu jest punkt, gdzie właśnie hamletyzuję. Tu czy tam? Wokół sporo zmęczonych biegaczy. Niektórzy siedzą na trawie w cieniu. A ja główkuję. Pchać się na 80 i potem pękać gdzieś koło Wołowca? Robić sobie i innym kłopot? Bo czuję, że nie uciągnę. Nie to co rok temu! Zmienić plan? To po co tyle przygotowań (zdecydowanie za mało!)? Co robić? Podziwiam tych, co jak w mitach, samotnie skręcają w lewo udając się drogą w stronę przejścia granicznego. Policzmy czas: zostało ponad 40 km, 47 biegłem dobre sześć godzin. Pozostały dystans na pewno nie przyspieszę. Zatem w ile to pokonam? Siedem, osiem godzin jeszcze? A chce mi się? A siły mam? Zjadłoby się… ale co?

Za długo to trwa. Podchodzę do Pani:

-       Proszę mnie wpisać na krótką.

-       Jaki numer?

-       14.

O nic nie pyta. I dobrze. Ruszam asfaltem w prawo, krótszą trasą….

..na której ostatnich metrach właśnie jestem. Mijam zaporę. Słońce mocno dorzyna z góry. Nogi mam jak z waty, ale przynajmniej ostatnie kilkaset metrów biegnę jak człowiek. Tuż przed metą – Dobry Strażak wypuszcza na mnie oszałamiającą strugę rozpylonej wody. Meta. Medal. Piwo. (Proszę nie otwierać!). Trawa. Cień. Dopiero potem: to ile właściwie?

7:37. Aha. Sporo.

Ściągam buty. Siedzę w cieniu i nie chce mi się ruszać z miejsca.

W drodze do domu otrzymuje sms: w którym potwierdza się nieoficjalny czas i podaje miejsce: 48 na ponad 140 uczestników. No to chyba jednak nieźle. Przesunąłem się w górę ponad 40 pozycji! Czyli siły były? Były! Trzeba było jednak spróbować! Oj, myśli, myśli… Oj, głowa, głowa… A dajcie mi spokój. Jak dożyję, spróbuję za rok. Bo to jeden z piękniejszych biegów w jakim uczestniczyłem. I w przyszłym roku też tu przyjadę. Walczyć, da Bóg, o długą pętlę!

W końcu biegaczem jestem

 

-       Która godzina? – wyduszam z siebie.

Patrzą na mnie nieco zaskoczeni. Trzeci, ostatni punkt żywieniowy. Do kresu tego snu jeszcze ponad 10 kilometrów. Chłopak i dziewczyna z obsługi. I biegacz, Ubrany na Biało.

Biegacz grzebie coś koło zegarka. Po czym zrezygnowany wyrzuca z siebie:

-       A co, na autobus ci się spieszy?

Wszyscy wybuchają śmiechem.

Bezradnie coś tam bąkam pod nosem. Nie mam siły tego komentować. Jakoś mi się nawet smutno robi. Za mną już dobre trzydzieści kilometrów. Nie przyjechałem tutaj zemrzeć, ale też nie planowałem aż takich dożynek. Zaskoczyła mnie Babia Góra. Nie ma co mówić. Nie spodziewałem się. Oto dopełnia się szósta godzina mordęgi. Właśnie mniej więcej o tej porze miałem już wsiadać do auta i wyruszać do Krakowa. A tu przede mną jeszcze ponad dziesięć kilometrów, które – już to wiem – są zupełnie inne niż dziesięć kilometrów w zwyczajnym biegu. Nawet po górach. To nie bieg górski. To Sky Marathon Babia Góra. Chwała Bogu, że coś mnie nie podkusiło by wpisać się na 3x. Chwała Bogu wpisałem się „tylko” na 1x.

Za moment ruszam dalej, łyknąwszy trochę herbaty, złapawszy garść rodzynków.  Dzwonię do domu. Że nie wyjeżdżam oto właśnie, ale wyruszam na kolejny odcinek potyczki. Słyszę wyraźny niepokój  w głosie żony. Kocham ją za jej troskę, która przecież mogłaby być złością: w końcu były pewne plany na tę sobotę.

Po jakimś czasie dociera do mnie biegacz Ubrany na Biało.

-       Przepraszam za ten autobus – mówi. – Ale jak miałem policzyć godziny biegu i dodać, to…

Doskonale go rozumiem.

Nie jest mi już przykro, mam inny problem. Jakiś czas wcześniej przeżyłem prawdziwą katastrofę: napięte jak postronki czterogłowe uda, wysłużone od wielokilometrowego, chwilami miałem wrażenie, prawie pionowego wspinania się a co gorsza zbiegania stromego, wąskiego i najeżonego przeszkodami o jakich nie śniło się, myślę, najgorszym sadystom (bo wyobraźcie sobie, ześlizgiwanie się stromym zboczem, gdzie powycinano choinki, ale w taki sposób, że ziemia upstrzona jest dziesięcio-, piętnastocentymetrowymi kikutami sterczącymi z ziemi jak jakieś kolce czy paliki powbijane w ziemię, które czatują tylko na to, aby zawadzić o nie czubkiem buta czy, nie daj Boże, polecieć na nie twarzą czy brzuchem, wolę nie mówić), zatem owe czterogłowe nie wytrzymały: podczas przeskakiwania błota na jakiejś wszak drodze nawet, nie na wykrotach, nagłe ciepło rozlewające się po nodze, potem blokada i ból zaciemniający widzenie!

„Urwałem sobie mięsień!” – to pierwsza myśl.

I druga: „co teraz?”

Właśnie wtedy doszedł mnie biegacz Ubrany na Biało. Znowu więc nie byłem sam. Jakiś czas bowiem wcześniej straciłem kontakt wzrokowy z Panią Niebieską i Panem z Gorlic, z którymi chyba mniej więcej od podejścia Percią Akademików przemieszczaliśmy się w tym dzikim terenie.To z nimi biegłem dnem stromej doliny, chwilami brzegiem, po głazach, ale i środkiem potoku. To z Panem z Gorlic zbiegałem stromą granią w dzikim pędzie po błocie, kamieniach i korzeniach. Z nimi też wspinaliśmy się prawie na czworakach po  stokach porośniętych mchami i polami borówek. Ale oni zsuwali się po tych dzikich zboczach jak mgła: lekko, delikatnie  i szybko.

Stałem trochę oszołomiony, próbując masować nogę, a potem… co innego można było zrobić? – zacząłem kuśtykać dalej, stopniowo podkręcając tempo.

„Żyjesz, mocarzu!” mówiłem sobie, ale przed oczyma miałem bladą jak papier twarz biegacza, którego gdzieś mniej więcej pośrodku zmagań po stronie słowackiej, dopadło to, co kończy każdy bieg.

„Co ci jest?”

„Chyba zerwałem Achillesa.”

 Tak. Bośmy w tamtą sobotę walczyli, walczyli jak lwy z tym, co nas ogranicza, rani i zamyka, utrudniając stanie się kimś więcej niż na co dzień jesteśmy. Wydaje mi się po prostu, że w tym biegu – dla jednych 5 dla drugich 3 dla innych 1 raz Babia Góra, który to bieg nazwano Sky Marathonem, ale raczej nie niebiosów dosięgaliśmy w tym bieganiu, tylko chyba czegoś przeciwnego zgoła, nie, nie piekła, raczej czyśćca jakiegoś – w tym biegu, jakże mocno docierało się do granic: trasa szła wprost w górę, stokiem, szła wprost w dół, przez wycinki, pogorzeliska, krzaki, zarośla, brzegiem potoku, a kiedy inaczej się nie dało – samym potokiem, gdzie każdy prawie kamień śliski i ruchomy, i wszystko czatuje tylko na to, aby dopaść cię i do ziemi ściągnąć.

Ale myśmy się nie dali. Nikt z nas. Nawet biegacz z twarzą kredowobiałą – niepokonany. Serce i duszę zostawiało się na Babiej Górze: było groźnie, i przerażająco, ale jakoś też – niezmordowanie. Padały deszcze. Leciał grad. Świeciło słońce, a my przecież, koleżanki i koledzy, szliśmy jak burza i serce we mnie rosło, że przez czas jakiś byłem częścią tego świata, z którego…. jakże jednak wtedy chwilami chciałem się wyrwać i przenieść gdzie indziej.

Na przykład: przemieszczamy się po jakimś stromym pogorzelisko po słowackiej stronie i dzwoni telefon.

-       Odbierz – słyszę za sobą głos. – To pewnie żona.

Oglądam się. Za mną sapie jakiś gość. Patrzę na niego pytająco.

-       Może zadzwoni i powie… że musisz wracać, bo coś tam… Trzeba w domu, bo mamusia…

-       Aha.

-       A do mnie, cholera nikt nie dzwoni. Nie ma wymówki.

Napieramy. Po drodze na Markowe Szczawiny dobiegam do pana z Gorlic. Biegacz ubrany na Biało podąża za nami. Mam dosyć, ale cisnę pod górę. Mam ochotę przegonić własne zmęczenie. Od schroniska – wiem to – zacznie się zbieganie, które dla mnie znaczy: zwolnij, bo ten tam mięsień w udzie nie pozwoli na szaleństwo. Zatem chociaż sobie trochę pod górę ostatnie kilometry pobiegnę.

Jesteśmy pod schroniskiem.

-       Do zobaczenia na mecie – mówi pan z Gorlic. I rusza po kamiennych schodach. Po chwili mija mnie biegacz Ubrany na Biało.

-       Trzymaj się. Dasz radę – mówi.

Z lasu zbiegają w dół ci, co zajrzeli za trzy Babie Góry. Skąd ta ich, skąd ta moja radość? Jakbyśmy znali się od dzieciństwa. Goście, widać to, są trochę już w innym świecie.

Kuśtykam na dół.  Staram się jednak biec. Biegnę. Trzymam tempo. Nie żebym zlatywał w dół. Raczej trzymam tempo. W końcu, psiakrew, biegaczem jestem.

Na dole patrzę na telewizor, gdzie wyświetlają się wyniki. 7:32. 26 miejsce. W swojej kategorii tuż za pudłem. Widzę Panią Niebieską. Ściskamy sobie dłonie z Panem z Gorlic.

Gdybym wiedział, że to aż tak będzie wyglądać, nie przyjechałbym.

Na pewno?

Na mecie wcale nie jestem już tego aż tak pewien.

To nie żarty. To Koniczynka.

 

 

Ależ wycisk! Zaliczam trzecią pętlę, o czym upewnia mnie trzecia gumka na przegubie. Zaczyna się czwarta kolejeczka, przede mną przebiegnięcie po mostku i wspinaczka. Potem… A co ma być potem, to przyjdzie swoim torem i trybem. Pierwszy raz biegnę w taki sposób: to znaczy kiedy dobrze wiem ile już przebiegłem i ile jeszcze muszę pokonać. Nie wiem czy rozumiecie o czym mówię? Chodzi o pracę świadomości: że teraz będzie podbieg, potem zbieg, potem te piekielne schody idące czymś w rodzaju dolinki jak z filmów w stylu Jurrasic Park (nie wiem skąd takie skojarzenia, może dlatego, że primo: skałki są wapienne; secundo: jestem w Ojcowie; tertio: wapień to Jura (Krakowsko-Częstochowska). A potem zbocze, asfalt, i dolina Sąspówki (dziwna nazwa, nie sądzicie?). Zatem: pierwszy raz coś takiego robię i nie wiem czy to jest dla mnie. W biegu dłuższym niż 30 km dobrze albowiem jest się zapaść. Nie wiem jak to inaczej napisać: zagubić się w biegu. Zacząć słuchać tego, co wokół nas i tego co w nas. Przestać liczyć kilometry, a przede wszystkim z każdym krokiem wkraczać w inne miejsce, otwierać nowe perspektywy (nawet we mgle, a może szczególnie we mgle). Tu jest inaczej. Koniczynka Trail Marathon: piąta już edycja biegu, który należy (jeśli ktoś nie lubi biegać pętli) jednak szanować: bo jest czymś nadzwyczajnym: z racji tego, że za nic się nie płaci (odezwał się centuś) i z racji tego, że odnosi się wrażenie, że jest to inicjatywna całkowicie jakaś… niekomercyjna, po prostu są ludzie, którzy każdą wiosną od pięciu lat zapraszają chętnych do Ojcowa, by zmierzyć się z dwoma dystansami: pół i całym maratonem bieganym w mniej więcej 10 kilometrowych pętlach, które – znowu – z racji tego, że składają się z czterech takich jakby minipętli, zapewne z lotu ptaka mogą przypominać czterolistną koniczynkę.

Zatem łoję tę swoją czwartą pętlę i próbuję (co niełatwe, oj niełatwe!) poradzić sobie z psychiką, która wynędzniała zimą i wychudzona trzydziestoma kilometrami za mną, zaczyna mi bruździć. Głód (za mało, za sucho, byle jak), skurcze łydek, które co i rusz powstrzymują, walka z bidonem (mam wrażenie, że wysysanie rurki wysysa ze mnie resztki sił), bóle, i ogólne zniechęcenie.  Zatem próbuję sobie poradzić, ale nie radzę sobie. Kiedy przekraczam jezdnię i znowu pnę się dolinką jurajską i wiem, że za moment wdepnę w ten stok, który skonstruowany jest z niekończących się stopni, co jakiś czas zatrzymuję się. Rozglądam się wokół. Przeto widzę, że pnie się za mną jakaś postać. Ciemno ubrana. Kobieta. Usiłuję się więc jakoś zmobilizować, ale niestety: postać idzie jak burza a ja więdnę jak… zerwana koniczynka. Włączam tedy refrenik: to już ostatni raz. Ostatni raz pnę się na ten stoczek. Ostatni raz za chwilę zbiegał będę w dół. Już nigdy więcej. Pętelka stanowi zatem jakieś pożegnanie. Jak ostatnie tango w Paryżu. Albo ostatni zajazd na Litwie. O dziwo, takie elegijne, pożegnalne nastawienie jakoś pomaga.  W zbiegu po krętych i śliskich schodach uciekam dziewczynie. Potem jest prosta po asfalcie. Dobiegam do punktu w środku pętli. W barze Sąspówka wesołe głosy tych, co skończyli po 20 km. Atmosfera pikniku i relaksu. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Trochę się przeciskam między brodzącymi po uliczce ludźmi. Pojawia się mocna pokusa: przecież słyszałem, jak ktoś przed biegiem mówił do kogoś innego, że po 30 km dał sobie spokój. Siadł. Napił się piwa i pobiesiadował z innymi.  Może by to samo uczynić? Jednak nie. Ciągnę doliną Sąspówki. Ostatni już raz. Ale co zrobić? Ciągnie się ona i ciągnie. W drodze na górę mijam podobnego do mnie biegacza: na ostatnich nogach. Oglądam się. Dziewczyna też nieco zwolniła, ale sukcesywnie zmniejsza dystans. Na wzniesieniu, skąd zaczyna się zbieg do Ojcowa, jeden z chłopaków z obsługi pyta mnie: „Trzecie okrążenie?” Nie pamiętam co odpowiadam, ale uświadamiam sobie, że nie jest tak źle, skoro można takie pytanie zadać. Odnosiłem bowiem wrażenie, że od 20 kilometra ciągnę się w ogonie. Zatem ruszam w dół i… czuję lekkie strzały w łydkach. Inaczej tego nie umiem nazwać. Jeden, drugi – i za chwilę ma mnie. Skurcz. Staję. Próbuję mięśnie naciągnąć, ale spięcie jest jeszcze mocniejsze. Biegaczka mija mnie. Wymieniamy zdawkowe uwagi. Potem doganiam ją, na schodach, którymi zbiega się do centrum Ojcowa.  Na prostej już drodze jakiś czas biegniemy koło siebie. Ale poddaję się: dziewczyna przyspiesza i jest przede mną. Dobrze mi z tym. Gdzieś się chyba chowam w sobie. Zasłonięty. Zamknięty. Równający oddech. Jest dobrze. Biegnie się dobrze. Pewnie dlatego, że już niedaleko. Widzę metę. Uff. Dostaję medal. Dowiaduję się, że mam jedenaste miejsce. 4:33. Wyprzedziła mnie dziewczyna, która wygrała kategorię kobiecą. Ściskamy sobie dłonie.

To chyba wreszcie usiądę w barze Sąspówka.

I zastanowię się a przede wszystkim opowiem wam jak się świetnie uczestniczy w Koniczynka Trail Marathon w Ojcowie.

na południe

nad klifami

zatoka i plaża (w tle)

O tym jak to biegało się w Lizbonie… (2)

- Nazywam się Vasco, jak Vasco da Gama.

- A ja Krzysztof, jak Krzysztof Kolumb.

Tak to staliśmy się kolegami. Stoję w centrum Sintry, za plecami mam zamek królewski. Przed sobą pół godziny oczekiwania na otwarcie Informacji Turystycznej. Przyjaciele z Lizbony radzili najpierw tam iść, powiedzieć im gdzie chcę się udać i poprosić o poradę. Ale nie było potrzeby, bo ledwie tylko znalazłem się pod owym zamkiem, zaraz pojawił się Waszko (tak Vasco brzmi po portugalsku). Niższy ode mnie o głowę, wysuszony jak skorupa. Na nogach buty do biegania. Dresy.

-       My tu biegamy co czwartek, ale w nocy.

Zaczyna typowo monolog ultrasa. Biega ze starszym bratem. Tu był, tam był. Robił Mont Blanc i inne cuda.

-       Gdzie biegniesz?

Kiedy mu mówię o planie, wygląda na zadowolonego.

-       Super pomysł.

Opowiada o kontuzji, gdyby nie ona…

Śmieszne to jest: poznajemy się pewnie po stroju, ale też po czymś może jeszcze. Nie wiem. Przecież mu nie mówiłem, że biegam. Może poznał mnie po butach i plecaku? Mam dwa półlitrowe bukłaki z wodą w kieszeniach z przodu. Garb na plecach wypchany pięcioma bułkami, jajkiem na twardo, czekoladą i kurtką od deszczu.

Zatem toczy się wymiana biegaczy: gdzie, ile, w jakim czasie.

Idzie potem Waszko ze mną do Informacji. Dostaję mapę, ale to Waszko dowodzi.

-       Biegniesz na  Kapuchos, a potem na Peniha. Nie pomyl się!

Kreśli, podkreśla na głupawej mapce, która chyba ma raczej odstraszać niż zachęcać do wałęsania się po Paque Natural Sintra-Cascais. A może tylko skłania do wędrówki  do Castelo do Mauros. Ale reszta to nieporozumienie.

Idzie ze mną przez miasteczko. Jakaś starsza niewiasta coś do niego zagaduje, rozsuwając okiennice. Jest ciepło, świeci słońce. Zapowiada się piękny dzień. Waszko lezie ze mną do jakiegoś ogrodzenia. Pokazuje jeszcze raz wszystko stukając mocno w metalową mapę.

-       Biegniesz tu, ale potem masz skręcić w prawo. Nie w lewo. W lewo jest cały turystyczny syf. Potem masz skrzyżowanie, ciągniesz na Kapuchos. A jak tam będziesz, dajesz w lewo na Peniha. Nie pomyl się. Za Peniha (pokazuje w powietrzu z twarzą nieco rozmarzoną) masz taki dłuuugi podbieg. Polną drogą. Jak będziesz na wierzchołku… zobaczysz Cabo da Roca. Rozumiesz?

Widzę, że gdyby nie kontuzja Waszko raczej leciałby ze mną. Widzę przecież zazdrość w jego oczach. Żegnamy się, jakbyśmy się znali od piaskownicy, i zaczynam podbieg. Okrążam owe zamczysko Maurów od północy, dosyć stromym stokiem. W pewnym miejscu natykam się na wspinaczy, którzy właśnie wiążą się liną. Ściana wygląda dosyć imponująco. Potem dobiegam do miejsca, gdzie Waszko kazał skręcił na Kapuchos (nie w lewo, tam MacDonald!). I biegnę pięć, sześć kilometrów asfaltową drogą wijącą się w lesie pinii i  eukaliptusów. Na początku mijają mnie autobusy z turystami, ale potem,  gdy odbijam na klasztor kapucynów (bo przecież to są ci Kapuchos!) biegnę sam. Góra, dół. Po obu stronach drogi wysokie murki. Przypominam sobie słowa mego Cicerone: uważaj na trasę, tu wszystko jest prywatne. Rozumiem teraz, co mówił. Temperatura rośnie. Ciągle biegnąc lasem, docieram do Kapuchos. Sprawdzam mapę. Znak kieruje mnie na sanktuarium Penihas. Ale zaraz za skrzyżowaniem droga rozdwaja się: w lewo, w dolinę idzie droga gruntowa, w prawo lekko w górę, dziurawy asfalt. Wybieram asfalt, chociaż Waszko coś chyba mówił o drodze gruntowej. Trudno. Droga wije się serpentynami. Dosyć stromo, ale nie zwalniam. Wciąż las: niesamowity zapach eukaliptusów. Przez drzewa widzę coś jak zabudowanie klasztorne na wyniosłej górze.

Za jakiś czas jestem w jej pobliżu. Mijam zaparkowany autobus (zobaczysz tam takie miejsce piknikowe, pełno stołów – to znowu Waszka słowa: zgadza się!). Koło tegoż autobusu naprzeciwko siebie stoją dwie grupy starszych ludzi. Pośrodku korpulentna niewiasta.

-       Na mój znak – mówi po angielsku – ruszycie na siebie. Biegiem, szybko!

Nie mam czasu, by zobaczyć o co jej chodzi. Lecę dalej. Próbuję się odwrócić, by zobaczyć co to za gra integracyjna, ale o mało co nie ląduję na ziemi. Asfalt się zupełnie kończy i biegnę stromo w górę kamienistą drogą. Penihe jest w górze. Penihe to XVI-wieczne sanktuarium usytuowane na najwyższe w okolicy górce (dziwnie wygląda, trochę jak betonowy schron), ale nie ma okazji się przekonać czy tak jest faktycznie. Omijam Peniha i pnę się, jak radził Waszko, polną drogą. Tak. Rozumiem co miał na myśli. Widzę przed sobą Ocean. Po lewej – nisko w dole, wydaje się strasznie daleko, piękną zatokę z ogromną plażą. To chyba plaża Guincho. Po prawej, dziwnie daleko po prawej zabudowania latarni morskiej na Cabo da Roca. Ruszam. Otwarta przestrzeń. Wiatr. Słońce. Kamienna droga, która wije się w bezleśnym terenie. Wszystko widać i wszyscy widzą. Mijam chłopaka z dredami, który wynurza się z jakichś ruin pod Peniha. Na drewnianym płocie wietrzy śpiwór. Pozdrawiamy się uprzejmie. Tymi polanami, zaroślami zbiegam w dół do drogi asfaltowej. Chwila wahania. Planowałem dotrzeć na Cabo da Roca do 12. Zdążę. Ale aby tam biec, muszę kierować się w przeciwną stronę niż droga do domu. Cóż tam, myślę sobie,  będę biegł nad morzem. Klify! Klify to fraszka (choć chyba jednak trochę się ich obawiałem: strome i częste doliny na Google Earth nie wyglądały zachęcająco).

-       Tam to dopiero jest zabawa! – słyszę w uszach słowa Waszki.

Zatem biegnę asfaltem. Nie za duży, ale dokuczliwy ruch. Autobusy z turystami. Co jakiś czas ciężarówki.

Wbiegam do miejscowości Azoia. Jakby taka osada nadmorska. Restauracje, barki, ale pusto. Widzę znak na Cabo da Roca.

Docieram tam przed 12.  Za mną według mego licznika  18 kilometrów. Wlokę, się, ale przecież kilka razy sporo musiałem się, mimo wskazówek Waszki, nad mapą nagłówkować. Grunt, że plan udało się zrealizować. Czas coś zjeść. Ale nie ma za bardzo jak. Sporo turystów, którzy dojeżdżają na najdalej wysunięty na zachód kraniec Europy autobusami. Docieram zatem z nimi na ów sam kraniec. Wysokie klify i potężne oceaniczne fale uderzające o nie z łoskotem i niezwykłą siłą. Ruszam wzdłuż drewnianych ogrodzeń, oddzielających ludzi od przepaści. Kiedy kończy się płot widzę ścieżkę zsuwającą się brzegiem klifu do pierwszej dolinki. Ale po drugiej stronie podnosi się raźnie w górę. Postanawiam zjeść coś,  kiedy już oddalę się od ludzi. Trasa, faktycznie, jak mówił Waszko, trudna. Sypka ziemia, kamienie, makia. Ścieżka ma kolor pomarańczowy. Taki rodzaj zapewne ziemi. W dole dudni w sumie dosyć groźnie i nieprzyjemnie ocean. Zbieg. Potem mozolne podnoszenie się na przeciwległy stok. Potem znowu zbieg. W odległości jakichś może 50 metrów w dole kamienista plaża. Ale nie opuszam się do niej. Trzymam się ścieżki ciągle wprasowanej w zieleń.

Wreszcie zaciszne miejsce. Siedzę, jem i patrzę w dół na wściekłe fale.

Ruszam. Robi się coraz bardziej gorąco. Jestem w środku makii. Wszystko szczypie, kłuje. Ścieżka wije się, niewyraźnie, ale jest. W pewnym momencie niestety nadziewam się na jakiś krzak i dziurawię swoje ulubione spodnie. Znowu w górę. Potem w dół. Piję. Widzę, że wody mi nie wystarczy. Kolejny podbieg (już podejście). Przede mną otwiera się widok na owe wielkie plaże, które widziałem z góry. Ale wyglądają jakby były bardzo daleko, a między nami ewidentnie za duża  ilość owych jarów, rozpadlin, uskoków i skalistych twierdz.  I ścieżka też, jakby zaczyna zanikać. Zastanawiam się. Tempo dotychczasowe miałem średnie około pięć i pół minuty. Walcząc z makią przebiegłem dwa kilometry w pół godziny. Decyzja zapada więc taka: wycofanie się do drogi, która idzie górą i doprowadzi mnie do plaży, zapewne naokoło, ale jednak szybciej. Szukam więc śladów ścieżki wiodącej do góry. Dobiegam do murku. Za nim piękny dom. Biegnę wzdłuż murku wciąż w górę i docieram do kamienistej drogi. Trwa trochę nim trafiam na miejscowość ową letniskową Azoia. To, co zajęło mi w tamtą stronę chyba dziesięć minut, jak nie mniej, teraz prawie 45 minut! Zatem biegłem potem drogą, aż do wielkiej owej plaży. A potem już drogą rowerowo-biegaczą.  

Płasko. Ocean okrywa wszystko mgłą rozbryzgujących się fal. Biegnie się ten fragment jakby ktoś ustawił obok ogromny zraszacz powietrza. Pojawiają się pierwsi rowerzyści. Jedna, druga biegaczka. Raźno maszerują turyści a potem już zabudowania Cascais. I wyhamowanie. Licznik wskazuje 39 kilometrów.

Jadąc kolejce do Lizbony oglądam piękne budynki i plaże nad Tagiem. I zastanawiam się czy gdyby jednak Waszko poleciał ze mną, też wycofalibyśmy się z klifowej przygody?

O tym jak to biegało się w Lizbonie… (1)

Nie, nie zawody. Raczej przymusowa (ale jakże miła!) przerwa w bieganiu po górkach na osiedlu. Pomysł był taki: jadę na kilka dni na koniec Europy. Bagażu dużego nie biorę: laptop, kilka zmian odzieży i .. skromny sprzęt do biegania. Nie ma sensu się przeciążać. Plan: od początku dnia godziny  w bibliotekach (kiedy nie ma wykładów), potem obiad a od 15:00, po Koroneczce, dalejże w trasę.

Z samolotu, tak!, proszę sobie wyobrazić, z samolotu właśnie wypatrzyłem tzw. bliski cel, ogromna kupa zieleni: Parque Forestal de Monsanto, jakby w środku miasta. W dali zaś, za nim majaczy „masyw” rozciągający się między Sintrą a Cabo da Roca. W hotelu w internecie sprawdzam: tak to Serra de Sintra czyli Parque Naturel de Sintra-Cascaias. W głowie pojawia się plan: jak tylko nie będzie lać i znajdę tyle czasu  - biegnę górami do oceanu na najdalej wysunięty na zachód skrawek Europy, a potem wybrzeżem przemieszczam się do Cascaias. Podoba się Wam? Mnie bardzo. Nie wiem czy to wykonalne jest, czy przez te „góry” w ogóle da się przebiec, ale pomysł jest: trzymajcie kciuki, wszystko się tu opisze.

Zatem trzeba się przygotować. Pierwszy bieg zaraz w Niedzielę czyli wczoraj. Znam trochę Lizbonę i wiem jakie to skomplikowane i dla pieszego bywa trudne miasto. Nie chodzi nawet o górki, to dla biegacza górskiego przecież kwintesencja przyjemności. Bardziej chodzi o to, że miasto przecinają strome doliny, a co najgorsze, jakieś piekielne autostrady, których nie ma jak obejść.

Ale ruszam. Spod hotelu. Dziwny przy nim plac, gdzie sporo bezdomnych „zawiadowców” wolnych miejsc parkingowych. Niektórzy  o dosyć mało wzbudzającym zaufanie wyglądzie. Mijam ich, coś tam bąkając. Jest niedzielne, ciepłe popołudnie (u nas śnieg z deszczem, tutaj prawie 18 stopni, wiosna i mocne słońce). Kierują się w stronę owej Monsanto. Biegnę jakąś drogą większą czyli Avenidą (ruch niewielki) stopniowo do góry. Świetnie mi idzie. Wybiegam na górkę, widzę, jakże blisko, tylko jedna jakaś dolina marna z pędzącą w dole autostradą, mój cel! Droga główna skręca w prawo, ja ruszam jakąś mniejszą, ale w kierunku zielonego wzgórza. Jedna, dwie przecznice, droga się zwęża, wpada między jakieś bloki. Odrapane budynki. Powybijane okna. Pełne śmietniki. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i już biegnę pośrodku kolorowych ludzi. Coś krzyczą do siebie (do mnie?), dzieci się pałętają, przebiegam obok grupki młodzieży, która przygląda mi się z zainteresowaniem, psiakrew, koniec drogi: śmietnik, chaszcze, jakieś rozwalone rudery. Ale ja jakby nigdy nic, na pełnym gazie, a droga tu wiedzie stromo w górę, ale mam wrażenie, że sił mam tyle co mistrz świata, skręcam w lewo, modląc się, by ta droga też się nie kończyła! Nie kończy się, obiega blok, przy którym toczy się niedzielne popołudnie biedoty, której być może mój lęk nadał jakiś złowróżebny charakter. Ciekawe jak dużo, swoją drogą, biegaczy, przebiega tutaj „jakby nigdy nic” pretendując do miana „świetnie-zdających-sobie-sprawę-z-tego-co-robią najlepszego”?

No, ale wracam do głównej drogi. Potem jakiś szpital, muszę zawrócić, i wielka Avenida Lusiada. Obok akademii medycznej chyba. Tysiące studentów, pewnie zaocznych, na ulicach.  Wychodzą z zajęć. Pełna kultura, znaczy: zatrzymuję się. Studiuję dokładnie plan miasta. Wybieram jeszczew jakiś kilometr Avenidą i  zbieg w dół.  Trafiam dobrze, bo na Estrada de Benfica. Nazwa brzmi swojsko. Właściwie od Monsanto dzieli mnie tylko… ruchliwa autostrada i… linia kolejowa. Zielona góra jest na wyciągnięcie dłoni. Długo stoję, zastanawiając się jak pokonać te dwie przeszkody. Mam dwie możliwości: biec w prawo, wzdłuż przeszkód, albo w lewo. Wybieram bieg w lewo. W dali dostrzegam coś jakby kładkę nad tym wszystkim. Ale nikogo na niej nie widzę. Wyobrażam sobie, że to jakaś kolejka albo taśmociąg, bo żadnych postaci na nim nie widzę. Dobiegam wreszcie. Jest kładka. Złuszczona, popękana, ale nie jest zamknięta. Za chwilę wbiegam do lasu. Uff. Mam plan, by tym parkiem dostać się aż do estuarium Tagu. Pięknie by było zbiec do Torre de Bellem i potem wracać sobie nabrzeżem do domu. No, ale gubię się szybciej niż jestem  sobie to w stanie uświadomić. Wszystko przez to, że otaczają mnie co jakiś czas gaje… eukaliptusowe! Tak! Po prostu biegnę pod górę w otoczeniu eukaliptusowych gajów. Pachnie mocno. Złuszczona kora chrobocze pod buciorami. Pachnie wszystko, słonko świeci, jest marzec, i górka chwilami mocna. Napieram wciąż w górę zatem, nie bardzo kontrolując mapę. Zresztą  do czego może się przydać plan miasta zabrany z lotniska, kiedy młóci się kilometry w jakimś górzystym parku? W lewo, w prawo, ścieżki chwilami są trudne. Korzenie, łapiące odzież krzaki. Wbiegam na rowerowy szlak. Skrzyżowanie, intuicja (?) podpowiada: w lewo.  Potem znowu skrzyżowanie. Estuarium musi być tam, skręcaj w prawo. I tak wreszcie wbiegam pomiędzy jakieś dosyć zdezelowane budynki. Droga, drogi, jakby się kończą. Słyszę jakieś dziwne stukanie za żywopłotem. Łucznicy. Dwóch mężczyzn i znudzona kobieta. Wielka i ruda.

-Przepraszam, zgubiłem się, może mi pani powiedzieć, w którą stronę jest Tag?

Patrzy na mnie dziwnym wzrokiem.

Woła mężczyzn.

Nie wyglądają ci łucznicy na ludzi przytomnych.

-       A to daleko jest!

-       Wiem, odpowiadam. O to chodzi. Ale w którą stronę?

Poważnie się zastanawiają i wskazują mi absurdalny kierunek. Aż tak straciłem orientację? Przecież słońce nie przeskoczyło aż tak szybko na niebie.

-       Jesteście pewni? – upewniam się.

-       Na 100 procent – mówi jeden. – Ale to strasznie daleko – dodaje jakby się usprawiedliwiał.

No i posłuchałem ich. Chwilę truchtania i wróciłem do miejsca, które przebiegałem pół godziny wcześniej. Biegnę więc w drugą stronę. Faktycznie był tu coś tak jakby szlak. Co jakiś czas tabliczki informujące gdzie się jest z mapkami, oczywiście zupełnie nie biorącymi pod uwagę prostych przyzwyczajeń ludzi z ubiegłej epoki, że północ musi być na górze tejże mapki. Ale byłem na szlaku! Najpierw jeden parking, potem kolejny. I już wiedziałem, że jednak zbiegam do miasta, nie tu, gdzie chciałem, ale chociaż w okolice słynnego akweduktu. Koło niego jest tam Alto da Serafina, takie miasteczko dawne. Wyobrażam sobie miłe, niebieskie budynki. Swojską atmoserę sytego popołunia. A dalej... rzeka. Pomyślałem sobie, że zbiegnę wzdłuż akweduktu, a potem będę kierował się na górującą nad okolicą Basilica da Estrela, w końcu to niedziela jest. A od bazyliki się zobaczy czy będę leciał do rzeki czy jakoś inaczej. Zaczęło pojawiać się coraz więcej ludzi. Rodziny z dziećmi, z psami. Polany. Także jacyś, wybitni pewnie, lizbońscy biegacze.

No i potem ten akwedukt. To biegiem w dół, pewny swego, wzdłuż. Tylko te domki jakieś takie.. dziwne. Jak jakieś nasze działkowe. Starzy ludzie. Pełno na ulicach potłuczonego szkła, worków foliowych, śmieci. Im niżej, tym dziwniej. Typki na ulicach. Ciemne, wrzaskliwe spelunki. Nic, ciągnę w dół. Mijam już prawdziwe rudery. Obok nich kręcą się ludzie. Za chwilę słyszę ich wrzaski. Znowu?! Biją się? Kłócą? A może świętują niedzielne popołudnie?

Wpadam w stado meszek; cała ich chmura. W dole, narastający szum. Ale nie rzeki, raczej! Autostrada! I znowu, drogę zamykają mi jakieś druty kolczaste krzaki i chaszcze, a potem chyba lita skała. Więc jakby nigdy nic, skręcam i inną drogą (bo jednego z mijanych miejsc nie chciałbym już odwiedzić) zaczynam podbieg. Mijam dwóch młodzieńców stojących przed spelunką, spowitych marihuanowym dymkiem. Byle dalej, byle prężniej. Stromo. Jak się stąd wydostać? Do lasu? Już prawie na końcu akweduktu, kiedy płuca rzężą po wysiłku, jakaś w poprzek droga. Po prawej przystanek. Skręcam. Mijam starsze niewiasty czekające na autobus. I w dół, byle dalej od Alto da Serafina.

Tylko kolejna autostrada (to pewnie ta, która przechodzi nad estuarium Tagu w ów słynny – i piękny – most „25 kwietnia") i tory po prawej, które muszę pokonać, ale… jest! Szlak czyli ścieżka rowerowa. Nią pnę się, jak rasowy biegacz w terenie bardziej sprzyjającym. Co jakiś czas biegacze. Rowerzyści. Ciągle w górę i w górę, ale nie tak stromo jak u Serafina. Wreszcie docieram do Jardin Amalia Rodriguez. Możecie się domyślać, po nazwie, sielsko-dramatycznego (o ile to możliwe) charakteru tego miejsca. Ale to park królowej wszak fado. Pod nogami mam perspektywę Parku Edwarda VII a niżej Baixy a w dole już całkiem spokojna woda. Prawie w domu. Posiedzę trochę na ławce, patrząc na ludzi, łapiących ostatnie niedzielne słońce. Ulga.

No, ale jak, to!? Nie dotarłem do Tagu? Nie zbiegłem do Torre de Belem. Nie ma się z czego cieszyć. Jutro, jutro kolejna wyprawa przez lasy Monsanto. Musi się udać!

 

Kraków. Krótko czyli ostro

Dobry Panie Boże, znowu zieeeh, ciąąągnę, dziękuję Ci! Podniosłem się po kontuzji. Po takim pięknym lecie przyszła sroga jesień. Musiałem odpuścić swoje ulubione zawody w Lasku Wolskim: Grand Prix Krakowa w biegach górskich. Pierwsze i drugie. Trzeci bieg, 10 stycznia już z udziałem niżej podpisanego.

Ależ radość! To samo, znaczy, co zawsze. Czyli od rana deszcz, deszcz ze śniegiem. Po kilku dniach mrozów, oczywiście, to co zazwyczaj; lekka pokrywa gdzieniegdzie śniegu, liście z błotem rozmiękłym pod spodem, zimno, mgła i - co najbardziej dołujące w tym wszystkim - krakowski smog, który dławi oddech. Na wszelki wypadek nie sprawdzałem poprzedniego dnia jakie są prognozy. Po co mi to? Mam już swoje lata, w Himalaje się nie wybieram. To, co ma nadejść, przyjdzie swoim torem.

Ależ trema. Przygotowując się do pierwszego startu w cyklu, wywichnąłem sobie staw skokowy. Kilka dni przed biegiem. Straciłem cały prawie dzień na SORze. Wysłuchałem swego. Była wtedy niedziela czy święto, więc obdarzono mnie litanią wszelakich mądrości życiowych i utyskiwań: najpierw pielęgniarki a potem jaśnie pan doktor dyżurujący. Potem próbowałem się zarejestrować do zusowskiego ortopedy w naszym pięknym mieście ze „szpitalnym wypisem” w dłoni. Cóż, najbliższe terminy - wiosna 2016. Oczywiście za 150 PLN pan doktor zawsze ma otwarte ręce w geście powitania.

W związku z tym, nie ma co się dziwić, że nie poszedłem już do żadnego lekarza. Zdjąłem szynę gipsową i zacząłem walczyć. Masaże, ćwiczenia, okłady. Okłady, ćwiczenia. Opuchlizna nie chciała schodzić długo. Wróciłem do pierwszych treningów w grudniu. W okolicach Bożego Narodzenia udawało się już przebiec koło 10 kilometrów, ale na grudniowy start - też jeszcze się nie odważyłem.

Kto biegł kiedykolwiek na trasie w Lesie Wolskim, domyśla się dlaczego. Bieg ścieżkami leśnymi w zimie, w deszczu, lodzie czy śniegu nie należy do najłatwiejszych. I mocno też dobija poczucie, że wszyscy jakoś w tym Krakowie okropnie się spieszą. Działa to mocno deprymująco na osoby gorzej przygotowane. A ja do takich na pewno się zaliczałem. W grudniu. W styczniu niestety jeszcze też.

Ale nie wytrzymałem. Bo to jest jakaś magia, owo bieganie w Lasku Wolskim. Trzeci sezon. Najlepiej chyba poszło mi w pierwszym. Mam swoje małe priorytety: zmieścić się w klasyfikacji generalnej w swojej kategorii (nie jesteśmy, panowie po 50. na szarym końcu!) w czołówce. Najlepiej w pierwszej 5. Nigdy mi się to nie udało: w sezonie 2013/2014 byłem szósty. W sezonie 2014/2015 - podobnie. Teraz miało być lepiej… Nie będzie! W krakowskich wyścigach walczę już dla swojej satysfakcji: kto bowiem nie wystartuje w czterech przynajmniej biegach, nie jest brany pod uwagę w klasyfikacji. A ja dwa z pięciu, musiałem odpuścić. Nie mówiąc o czasie już zupełnie: kiedyś udawało mi się tu biegać w godzinę i kilka minut. Tym razem doczłapałem w ponad godzinę i minut 11. 

Starość?

Nie wiem jak z wami, koleżanki i koledzy, zmagający się ze sobą w wysokich kategoriach wiekowych, ale, jeśli chodzi o mnie, spada na mnie często pytanie o to, co dalej. Nie tylko z bieganiem… Ale może rozmawiajmy o bieganiu. Tak będzie lepiej.  Bo nie ma co ukrywać: pole się zawęża, tężyznę utrzymać coraz trudniej i wiele się nie zwojuje, zatem pytanie o to, jaką mamy sobie wypracować ideę biegania jest coraz ważniejsze. 

Ale póki co… póki co biegnę, jakbym miał płuca wypluć i zastanawiam się, jak długo organizm wytrzyma na takich (trochę za wysokich, jak na poziom wytrenowania) obrotach.

W miejscu bowiem, po sporym, ale wszak łagodnym podbiegu, kiedy biegnie się trochę jakby z tyłu, za klatkami, „od kuchni” krakowskiego Zoo, kiedy zwykle wypuszcza się nogi przed siebie, bo bardziej płasko, nachodzą mnie dosyć dziwne myśli, aby zamknąć bieg na pierwszej pętli. Znani krakowscy sprinterzy zostawiają mnie daleko za swymi plecami, buty człapią o śnieg i nie ma za bardzo mowy o tym, żeby przyspieszyć. A potem jeden, drugi, i trzeci - absolutnie szalony - zbieg, kiedy gwałtownie się skręca i wpada do jaru, parowu, pełnego błota, zmrożonych liści, i lodu - naraz i wymieszane - i wszystko wskazuje na to, że grawitacja lada moment  upomni się o swoje prawa.

Jak kostka? Jak sobie poradzi? Asekuranckie, co robię, kto to widział, zwalniać na zbiegach?, ale wciąż pamiętam jak to się odbywa: chwila nieuwagi i… kilka ładnych tygodni z nogą jak bania i lękiem czy coś tam, nie daj Bóg, nie pękło.

„Biegniesz się przewietrzyć” - powtarzam sobie.

„Przewietrzyć? W tej mgle, gromadzącej całą pewnie tablicę Mendelejewa? Nie oszukuj się, gazuj!”

„Kiedy nie mam mocy w sobie!”

„Dawaj, nie ustawaj”

I te piekielne okulary, których nie wymieniłem na szkła kontaktowe. Przy zbieganiu, dlaczego?, pokrywają się parą. Absurd: starszy pan po kontuzji zbiega po ślizgawicach z zaparowanymi okularami!
Dwa razu próbuję je przetrzeć: raz, kiedy stopa zjeżdża po korzeniu, drugi raz, kiedy wbijam się paluchem w kamień.

Co, u diaska?

Przypominam sobie opowieść Murakamiego, jak posmarował swe okulary pływackie maścią i dziwił się, że nic nie widzi.

Aha: to pewnie podobny efekt. Wszystko widzę zamazane. Tak: szkła mam zaparowane od spodu, a  teraz na zewnątrz mam deszcz roztarty brudną ręką!

Jest taki podbieg, on trochę trwa, pod koniec pierwszej pętli; ścieżka snuje się nie za stromo, ale ciągle w górę. Ładnie zakręca kilka razy. Zadanie: „Napieraj tu” wydane sobie, skutkuje nieustannym biegiem. Czuję jak pod koniec pierwszej pętli zaczynam się rozkręcać. 

„Teraz nie biec? Głupota”.

No, ale potem zbieg przez zaśnieżoną, zalodzoną, odmarzniętą łąkę. Zniosło mnie trochę z trasy, próba powrotu na nią każdorazowo kończy się poślizgiem. Próbuję trzeci raz: jak się nie uda, wyląduję w krzakach!

Udaje się, bo to piszę.

Druga pętla: „welcome home, boy”! Ciągniemy do góry, ześlizgujemy się w dół, pilnuję trajektorii biegu, choć w pewnym momencie znowu źle stawiam nogę (teraz lepiej widzę, bo kiedy zbiegam nie opuszczam głowy i nie sapię sam sobie pod okulary, wciskając się w coraz większą mgłę!); pięknie, zaiste, lewa noga w pełnym (na jaki mnie stać pędzie) zjeżdża do środka i subtelnie podcina prawą! Już ręce ma wyciągnięte w przód, jak żaba, żeby paść w bagienko i zjechać na czworakach, jak kiedyś, podczas biegu w Szczawnicy, zjeżdżanie na czworakach z błotem, beznadzieja!). Ale… nie ląduję. Nie wiem jakim cudem, wracam do pionu (zawsze wtedy dziękuję głośno Aniołowi Stróżowi, że zdążył! oby zawsze był na czas i na miejscu, o to pokornie proszę!) i biegniemy.

Jest coś takiego w bieganiu, taki jakiś moment, który oczywiście nie zawsze się osiąga, że chciałoby się, żeby trwał… wiecznie. Nigdy się nie kończył. Wszystko jedno jak długi to jest bieg, jakie zawody, wszystkie są udane, jeśli dotrze się do takiego momentu, że będzie się chciało zawołać, parafrazując Goethe’go: „biegu trwaj”.  Zanotujcie to sobie: w Krakowie, na Grand Prix Krakowa w biegach górskich 10 stycznia 2016, jeden z uczestników, nie najlepszy, nie najgorszy, gdzieś ukryty w połowie ścigających się z zapamiętaniem w Lesie Wolskim zawodników, coś takiego zawołał: „Biegu, trwaj!”

I wołając tak (w duchu oczywiście, bo tak na zewnątrz to raczej sapał jak miech kowalski i stękał niemiłosiernie) uświadomił sobie, że po kontuzji wraca do życia.

 

Póki będziemy biec…. I Ultramaraton Magurski

…i biegło się już jakiś czas granią; słońce, jeszcze nisko nad ziemią, bo było chyba jakoś koło ósmej rano, niewielkie podbiegi, zbiegi, sucha, przyjemna ziemia, poprzerastana korzeniami, co chwila rozciągał się widok na – w lekką mgłą odziane  - łąki, stoki, po lewej stronie, na Słowacji, potem skręciło się i wbiegło do lasu bukowego.  Podążałem za trójką biegaczy: dwie kobiety i mężczyzna, twardo i niestrudzenie parli do przodu, wydawało mi się, że idealnie, dopasowanym, jak do mnie tempem.

Maleńka łączka. Stolik, za stolikiem mężczyzna.

- Czterdzieści czy osiemdziesiąt? – pyta.

Jak w jakimś micie: w prawo idzie ścieżka przez Żydowskie – trasa 40 kilometrów do Krempnej, zostało jeszcze mniej więcej ze dwanaście, i w lewo, porośnięta jeżynami i trawami, lekko schodząca w dół, ale wciąż granią trasa osiemdziesiąt kilometrów: kawał jeszcze przygody do mety: Radocyna, Wołowiec, Czarne, aż po Magurę Wątkowską, przekraczanie w bród Wisłoki.

Żaden mit: żadnych pokuszeń: miałem biec 40. Skończyć koło dziewiątej, przed południem być w domu, były jakieś roboty do wykonania.

Ale nagle zrobiło się mitologicznie: chwilę staję targany wątpliwościami: przede wszystkim strasznie nie chciałem kończyć tego biegu, który układał mi się od samego świtu, jak jakaś opowieść. Nie wiem jak to lepiej wyrazić: od początku czułem jakby ktoś mi to wszystko opowiadał, jakbym nie był uczestnikiem, ale widzem pięknego filmu, gdzie wszystko układało się w opowieść: doskonałą.

Nie wiem czy mieliście w bieganiu takie sytuacje: że się wam wije jakaś fabuła, której jesteście częścią.

A ruszyło się z Krempnej w porannym chłodzie, mgłach i niesamowitym czerwonym słońcu, przedzierającym się przez korony drzew. I ludzie: starsza ode mnie pani, z którą wymieniamy jeszcze na asfalcie rozmowę o butach: bo widzę, że też biegnie w Mammutach. O tych butach trzeba napisać elegię! Potem z chłopakiem, który dzielił się ze mną opowieścią o swoim omdleniach na trasie Rzeźnika i Wawrzyńca, aż – kiedy już asfalt się skończył – krótka rozmowa z tym, kto przyjechał tu z daleka, pobiegnie dzisiaj, za tydzień chyba leci w Perłach Małopolski  a zaraz potem się żeni!

- No, to musisz się nabiegać na zapas! – mówię.

Ale potem chcę już być sam. Jest za ładnie. Nie tylko świeżość w powietrzu. Ale też świeżość w nogach: poczucie, że przecież właśnie się zaczęło, i tak od razu ma się kończyć? Nic nie boli, słońce dopiero właściwie zaczyna świecić. Już to kończyć?

Chwilę trwa ten targ.

Ruszam w lewo, układając jakiś niby plan, że pobiegnę do Nieznajowej, stamtąd poszukam drogi, która zaprowadzi mnie z powrotem do szlaku czterdziestokilometrowego i zakończę bieg jakąś swoją, łączoną trasą.

Przede wszystkim bowiem chcę biec do Radocyny: zbiec po tych łąkach-halach-polanach, które ciągną się od pasma granicznego i schodzą do miejsca, gdzie kiedyś przecież była wielka wieś, dzisiaj – jak w wielu zakątkach Beskidu Niskiego – jest po niej tylko pamięć krajobrazu: drzewa owocowe, ogromne, zdziczałe, resztki podmurówek, ślady po domach i gdzieniegdzie krzyże, kapliczki i resztki cmentarzy. A słońce świeci coraz mocniej.

Ale nim dotrę do Radocyny punkt nad Ożenną: przecież biegniemy, bieg jest. Doganiam trójkę. Łapię coś na ząb i ruszam od razu. Oni ruszają za mną:

- Trzymaj tempo. Trzymaj je cały czas – słyszę, że mężczyzna mówi do jednej z kobiet.

Trasa jest trudna: zwalone drzewa, zarośla, wąska ścieżyna wyciśnięta w błocie, nieustanne skręty, gwałtowne. Wreszcie wypadamy nad Radocynę. Jedna z kobiet i mężczyzna wyprzedzają mnie. Druga zostaje z tyłu.

Trochę już zmęczenie. Bieg polną drogą. Coraz wyżej słońce. Przebiegamy przez całą wioskę. Teraz jestem już sam. Przed sobą widzę ciągle dwóch biegaczy, za mną nic. Usłyszałem, że byłem trzydziestym siódmym zawodnikiem, który poważył się o dystans osiemdziesięciu kilometrów.

Magurski Ultramaraton ma swoją pierwszą edycję! Oj, dobrze, że tu jestem.

Jest wreszcie rzeka. Faktycznie, susza tego roku jest taka duża, że bród daje się przejść po kamieniach. Nie trzeba biec przez wodę. Bo w pamięci jest wycieczka, którą odbyliśmy tu lata temu, była jednak doświadczeniem bardzo dziwnym: niby nie jakiś wielka wyprawa, ale to nieustanne ściąganie butów, przechodzenie rzeki i wkładanie butów, po to, aby za chwilę znowu je ściągać, przypominało jakieś pogańskie obrządki, jak z jakichś greckich mitów, które uczyły, że w każdej rzeczce, stróżce wody, mieszka boginka rzeczna, i że każdorazowo trzeba się jej pokłonić: przyklękanie, ściąganie butów, wejście w świeżą wodę, wyjście na drugi brzeg, suszenie stóp, nakładania butów i ściąganie za chwilę znowu. Tak chyba dziewięć razy. Może dziewięć to jakaś magiczna liczba?

Ale teraz unoszę się nad wodą.

Przed sobą od dłuższego czasu widzę dwójkę biegaczy: inna kobieta, inny mężczyzna. Gdzie podziała się tamta dwójka?

Wbiegamy do Wołowca. Widzę tych przed sobą (muszą też być już mocno zmęczeni), jak przez pomyłkę (trasa znaczona jest białą taśmą) zaczynają biec wzdłuż elektrycznego pasterza. Wołam do nich. Że chyba się pomylili, bo to pasterz! Sami to zauważyli, wracają na szlak. Od tej chwili, do samego końca (a ile zostało nam jeszcze? trzydzieści kilometrów?) będziemy biegli jakoś koło siebie.

Śmieszne: mówimy do siebie „proszę pani”, „proszę pana”. Trochę rozmawiamy. Nad Wołowcem, gdzie szlak jest chyba najtrudniejszy, bo wiedzie trasą narciarską i właściwie biegnie się leśnym bezdrożem, poprzez porastające całe połacie lasu jeżyny, które wyciągają nitki ze skarpet, i robią wszystko, aby rozwiązać sznurowadła, jeszcze biegnie z nami jakiś młodzieniec.

Wszyscy we czwórkę gubimy się.

Razem szukamy trasy, studiujemy mapę, zawracamy, potem znowu podbiegamy, znów zawracamy.

Rozumiem stopniowo o co toczy się gra. Pani, która biegnie w naszej „grupie” walczy o zwycięstwo z tą damą, która wyprzedziła mnie przed Radocyną.

Potem nasza „grupa” rozpada się. Widzę ich jeszcze, „pana”, siadającego na moment w punkcie w Bartnem, i pod Magurą Wątkowską, kiedy doganiam „pierwszą”. Zwalniam. Za jakiś czas dociera do mnie „pan”, który jakoś towarzyszy w biegu pani, która jest „druga”.

- Widziałem „pierwszą” – mówię.

- Niemożliwe! – odpowiada.

- Widziałem, o tam – jakaś postać majaczy pomiędzy drzewami w górze nad nami.

- To ona? – upewnia się.

-Tak!

Rozmowa toczy się w drodze pod górę, więc nie idzie tak sprawnie, jak to można przeczytać.

Mój towarzysz, zatrzymuje się. Po chwili, patrzę, zawraca i rusza naprzeciw „drugiej”. Nie muszę mówić, że wzbudza we mnie wielki podziw.

W zbiegu doganiam znowu „pierwszą”. Odwracam się i widzę, jak na wzniesieniu nad nami pojawia się „druga” a za nią towarzyszący jej biegacz. Dostrzega też ich „pierwsza”. Rusza jak z katapulty.

Zaczyna się walka.

Jestem częścią ich wyścigu. Pani „druga” nie ustępuje, ale „pierwsza”, wiem to od Goprowców stojących na ostatnim przed metą punkcie, nie ma zamiaru poddać się bez walki.

Stoję koło nich chwilę. Na drogę wypada „druga”.

- Nie da rady – słyszę, brzmi to jak wyrok. – Tamta pędziła tu jakby jej skrzydła urosły!

Skrzydła? Skrzydła po siedemdziesięciu kilometrach w górach?

Jest już popołudnie.

Na kolejnym zbiegu dogania mnie towarzysz pani „drugiej”.

Biegniemy razem. Potem, jak to mam w zwyczaju, dramatycznie przewracam się: po prostu mam takie wrażenie, że moje ciało całe wbija się nagle do błota. W ułamku sekundy przechodzę ze stanu ruchu w stan bezwładnego spoczynku.

Ale wstaję i biegnę.

Rozmawiamy krótką chwilę.

Mój towarzysz życzy mi wszystkiego dobrego i rusza do przodu.

Teraz trzeba tylko zbiec do Krempnej.

Gubię się.

Gdzieś zginęły, albo już ich nie dostrzegam, białe wstęgi z napisem Magurski Ultramaraton. Kręcę się koło żółtego szlaku, który powinien sprowadzić mnie z masywu Magury, ale zgubiłem gdzieś mapę, a tak strasznie boję się pomylić. Nie miałbym siły wracać, szukając dobrej drogi. Który to już kilometr? Siedemdziesiąty ósmy?

Wciąż nie ma i nie ma żadnego znaku.

Widzę zbiegającą w dół „drugą” za nią, dwóch biegaczy. Naradzamy się chwilę. Podejmujemy ryzyko zbiegania żółtym szlakiem. Odbiegam od nich. Zostawiam ich za sobą.

Czemu tu tak trudno? Kiedy będzie koniec?

 Jakieś kładki, poprzewracane drzewa, nagłe zakręty, chyba mostki. Nie wiem. Nie bardzo widzę, a jeśli nawet dostrzegam, to chyba mój umysł już tego nie zapisuje. Trochę jak w jakimś bolidzie, po błocie biegnę, po kamieniach, staram się nie wskakiwać na kładki, bo skurcz czai się za każdym krokiem.

Wreszcie wybiegam na łąkę. Mam wrażenie, że jestem we wsi. Szlak skręca w lewo. Biegnę trawami do asfaltu. Przy wyjściu szlaku na drogę jakiś chłopak na rowerze.

- Meta tam? – dwa słowa. Na to mnie stać.

- Niedaleko!

Biegnę. Asfaltem.. Przebiegam koło pięknego budynku Magurskiego Parku Narodowego, przebiegam koło szkoły. I jakoś zbyt nagle, nieoczekiwanie, wbiegam na metę.

Koniec na dzisiaj.

Dwudzieste szóste miejsce, dziesięć godzin piętnaście minut. W środku, pomiędzy „pierwszą” i „drugą” zawodniczką na mecie.

Zaraz podchodzę do „pierwszej”, gratuluję jej. Potem dociera „druga”, oboje winszujemy sobie towarzystwa, dopiero później jeszcze dociera „pan”, z którym biegliśmy przecież trochę razem. Okazało się, że zabłądził na ostatnich kilometrach.  Dzielny zawodnik!

Tak. Mam przekroczoną pięćdziesiątkę, przebiegłem osiemdziesiątkę.

50na80.

Pomyślałem, że ten bieg, jakoś moje życie zmienił. Był chyba nieustającymi dziesięcioma godzinami ekstatycznego uczucia wolności, wyzwolenia, nieważkości.

Tam na mecie, siedząc jeszcze chwilę, i próbując coś zjeść, postanowiłem, że go opiszę. A przede wszystkim, że zacznę pisać bloga dla moich rówieśniczek i rówieśników. 

Będziemy się przecież trzymać jakoś, póki będziemy biec.

I co wy na to?

 

 

RZEŹNIK CZYLI POCHWAŁA PARTNERSTWA

Jak to się stało, mój partnerze, Karolu, że odlecieliśmy na trasie między Smerekiem a Połoniną Wetlińską? Skąd do nas przyszła ta fraza, która lekko uniosła nas nad ziemię i kazała biec, wtedy akurat, jakbyśmy właśnie wystartowali: lekko, bez zmęczenia, podbiegając pod schronisko na Połoninie i odpowiadając potwierdzająco na ludzki doping i okrzyki: „Jest moc! Jest moc! To widać!”. Tak! Była z nami moc, która przykryła ból, kazała się zamknąć kwękom, niepewności. Była moc, która kazała rozwijać coraz większą prędkość pomiędzy kamieniami, skałami, wykrotami: bez hamowania kazała zbiegać, bez zatrzymania kazała pokonywać podbiegi. Co to było, co się z nami stało?

Może fakt, że na Połoninie Wetlińskiej, miała czekać na nas Twoja piękna żona Asia, niedawno poślubiona? Fakt, zdzierała gardło i gdy do niej dotarliśmy, biegła trochę razem z nami, aż jej musiałeś powiedzieć (tak, tak właśnie działa małżeństwo, wspierając się wzajemną troską):

„Uważaj na siebie, żebyś się nie przewróciła” – tak powinien mówić do swojej ukochanej ultras, który ma w mięśniach i świadomości ponad 60 km Rzeźnika! W tym drogę Mirka, na której zagląda się pod podszewkę zmęczenia. Co to jest, zapyta ktoś? To jest kilka kilometrów płaskiego asfaltu, gdzie słońce dociska do ziemi a świadomość kurczy się jak piłeczka, z której szybko schodzi powietrze.

A może nasz „odlot na Wetlińskiej” wynikał z taktyki?

„Tak biegniemy, by po 30 km nie czuć zmęczenia!” – stwierdziłeś na poprzedniego dnia odbywającej się odprawie. Jedliśmy właśnie pyszną pieczeń, którą na tę rzeźnikową wyprawę przygotowała nam moja z kolei żona. Pamiętasz, siedzieliśmy, na kłodach drewna pod dachem koło szopy w zaprzyjaźnionej stadninie w Starym Łupkowie? I zastanawialiśmy się co to będzie, bo żaden z nas – a Ty jeszcze bardziej, bo nie miałeś jeszcze za sobą żadnego maratonu! nawet po asfalcie! -  nie miał pojęcia co będzie nas czekać po sześćdziesiątce? Nie, nie życia, po sześćdziesiątce kilometrów! I ta taktyka, wcześniej, przyznam się dzisiaj, zagradzająca mi wrodzoną chęć do wyprzedzania: fakt, czułem się jak pies na smyczy, ilekroć brała mnie ochota do szarży, słyszałem za sobą Twoje: „wolniej” i było to zbawienne, bo właśnie dopiero na Połoninie, kiedy powiedzieliśmy sobie: „teraz już jedziemy” poczułem (a i Ty chyba też), że nie dość że pokonamy, to jeszcze finał będzie należał do nas.

Należał. Czuło się to po spojrzeniach i gestach tych, których wyprzedzaliśmy. Klepnięcia w ramię: jak jakieś przekazanie misji: „Dajecie!”, „Jazda!”. Szliśmy jak burza, jak uniesieni, nic nas nie mogło powstrzymać.

Zbieg w dół? Czemu nie?

Podejście pod Caryńską?

Proszę bardzo.

Co jeszcze?

Ile jeszcze?

Ale tam, na Caryńskiej: dziwny blok. Coś weszło do piersi, brutalnie zacisnęło oddech. Płyciutko się zrobiło, jak na mieliźnie. Jeszcze oddałem pod szczytem swoją czekoladę jakiejś pani, której mąż z przodu będący, stał i znacząco zerkał, ale bez słowa, na zegarek, a ona, widać było, że wkracza dzielnie na najtrudniejszą ścieżkę. I naprawdę walczy.

Cały ten bieg – od samego początku, stał się dla mnie obserwacją ludzi, z których wychodzi jakaś tam prawda o nich samych. Niekiedy to prawda dosyć bolesna, zapewne do przepracowania, jeśli oczywiście, najdzie ich kiedyś chwila refleksji.

To ci z pary, którzy wybiegają do przodu i czekają na swoich partnerów/partnerki z zegarkiem w ręku. Niby nic nie mówią, ale… Niekiedy nawet wracają.

To tak samo ci, którzy głośno narzekają. Na przykład przyłączają się do nas, biegną z nami, i mówią, jak muszą strasznie wolno lecieć przez partnera/partnerkę.

Albo to ci, których partner/partnerka doznali kontuzji. Rozumiem ich żal, rozgoryczenie, ale dosyć mało to wygląda rycersko: narzekanie, zrzędzenie, wyklinanie, zarozumiałe gaworzenie. W sumie wstyd.

A my? Ciągłe „Jesteś?” i wykrzykiwanie w przód swoich imion (bo strach się rozglądać, by nie wylądować na ziemi): „Karol?!”, „Krzysiek?!”

Ciągniemy, ciągniemy.

Od 30 kilometra… jest! Lewe kolano po zewnętrznej stronie. Nie pomogły masaże. Nie pomogły tape’y.  Strach, powiedzieć Partnerowi czy nie? Stresować go? Ma pewnie swoje problemy. Ale ból coraz większy. Dobrze go znam. Bardzo dobrze. Rok temu dwa razy mnie skosił. Dobiegłem. Ale… Kilka miesięcy przed Rzeźnikiem natchniony wielką ochotą do biegania zapomniałem się: 10 kilometrów w górę, przewyższenie ponad 2000 metrów. Efekt: nawet tyłem nie dało się schodzić. Próbowałem wtedy nauczyć się trudnej sztuki biegu z tym bólem. Pewnie dobrze zrobiłem (nie z punktu widzenia medycznego, z perpektywy medyka, lepiej to nazwać po imieniu: głupotą!), ciągnąłem z nim po bezdrożach górskich ze dwadzieścia kilometrów, ale skończyło się tak, że w nocy myślałem, że przeniosę się na inny świat. Było to jak nadejście jakiejś ciężkiej choroby. Gorzej, że trwało jeszcze nazajutrz, a ustąpiło po kilku dniach.

Zatem powiedziałem mu, dopiero gdzieś, kiedy byliśmy już za maratońskim dystansem. Że może być różnie. Że możemy nie skończyć. Przyjął to dzielnie. Nie komentował. Pożyczał mi swoich kijków. Potem zażyliśmy po sporej dawce Paracetamolu. Może to on sprawił, że życie wróciło do normy po sześćdziesiątce?

Choć właśnie tu, na Caryńskiej, wszystko zeszło się ze sobą: utrata uniesienia i ból.

Wystarczyło zbiec.

Jak stawiać stopę w zbiegu? Na pewno nie hamować! Dać się nieść. Daję się, tym bardziej, że w Karola wstąpiło coś dziwnego: nie jestem w stanie za nim nadążyć w tym zbieganiu. Jakby urosły mu skrzydła. Wyprzedza, ale co jakiś czas wykrzykuje moje imię przed siebie. Staram się mu dorównać, choć teraz dobrze czuję, że skończyłem już jakiś czas temu 50. Lat, a on jest pewnie ze dwadzieścia lat młodszy. Biegnie i biegnie. Ja - za szybko. W końcu powinienem znać swoje możliwości, swoje granice. Nie pierwszy raz przecież kręce się koło pięćdziesięciu kilometrów.

Ile do mety? Kilometr? Mniej? Chwila dekoncentracji: koszmarne uderzenie czubkiem buta w jakiś korzeń, makabryczne pewnie z boku salto w powietrzu. Leżę bez ruchu. Ból.

Karol:

„Możesz wstać?”

Rozumiem sens jego pytania. To się nazywa walka. Walczymy.

„Nie wiem” – odpowiadam.

Ale gramolę się. Czekam. Przecież wedle wszelkich prawideł teraz powinny przyjść skurcze. Ale nie dzieje się nic. Staję na nogi.

Karol:

„Dajemy?!”

Słyszę, ulgę w głosie.

„Tak” .

Nie brzmi to za bardzo dziarsko. Noga boli. Ramię nie mniej. Ale ruszamy. A mój partner ciągnie na dół, jakby wołało go sto zastępów anielskich. Staram się mu dorównać. Wypadamy na asfalt. Ludzie. Kibice. Okrzyki. Oklaski. Linia mety. Radość.

Stoimy na mecie jakiś czas. Trudno się ruszyć. Chwilo trwaj.

NAWET WIATR BYŁ PRZECIWKO…

 

Już mniej więcej w połowie dystansu (chyba dokładnie nawet pamiętam gdzie, pod Hyrlatą), mocno obezwładniające poczucie, że mam dosyć. Jeszcze około 30 kilometrów, a w pamięci, która skutecznie przydusza zapał do dalszego truchtania, podbiegi/podejścia idące od Przełęczy nad Roztokami w stronę Jasła.

Może jednak niedobrze znać trasę?

Podczas pierwszego właściwie mojego sezonu długich biegów w górach (trzy lata temu, dokładnie trzy lata temu, bo trzy lata temu startował pierwszy Ultramaraton Bieszczadzki, wtedy z Wetliny a nie z Cisnej jak ostatnio i teraz) tam właśnie, kiedy już wydostałem się na niebiańskie wyżyny, i wiatr nicował moje źle dobrane odzienie, i odezwała się kontuzja, ból po – tym razem – zewnętrznej stronie kolana, wtedy lewego, prawe załatwiłem sobie w Gorce Maraton mniej więcej miesiąc wcześniej, tam właśnie, bo jednak zamierzam skończyć to zdanie, trzy lata temu, wstyd powiedzieć, zacząłem płakać. Pojawiły się smutne myśli: poczucie bezsensu, mojej małości wobec zimna, deszczu, chmur i wiatru. I stromizny, i bólu, i zapomnienia, i porzucenia, i ogołocenia, i zmęczenia, nie wiem czego jeszcze.

Teraz miałoby być to samo?

Za mną w tym sezonie Bieg Rzeźnika, Ultramaraton Magurski (+80 km), Festiwal w Krynicy, i teraz, ten ostatni planowany dłuższy bieg – UMB 52 km.

Tak miałbym skończyć? W takim marazmie?

Stara zasada ultrasów: nie myśl ile przed tobą, raduj się chwilą – przestała działać.

Już na starcie, kilka godzin wcześniej, poczucie, że coś nie tak. Że się jakoś chyba pomyliłem. Nie, nie w uczestnictwie, bo to jakoś bieg, w którym biegnę od samego jego początku, więc nie jest możliwe, aby nie biec kolejnego, ale jakbym znalazł się nie tu, gdzie powinienem być. Wokół mnie, przecież stoję jakieś 200 metrów do linii startu, młodzi mężczyźni, młode kobiety. Głośno, by nie rzec wrzaskliwie. Słyszę ich nakręcone pokrzykiwania, opinie, „zarąbiście”, „zajebiście”, widzę ich świetnie dobrane, drogie stroje biegowe, ich wyrzeźbione na siłowniach masywne sylwetki (mówię o facetach).  Co ja tu robię? Jakbym się znalazł w towarzystwie, do którego nie należę.

Nie moja parafia.

Wszystko w ogóle od rana pachnie mi jakimś rodzajem odrzucenia. Nawet fakt, że w drodze na start, dwa razy kontrola w Bieszczadach: raz policji, która bada mnie alkomatem, a potem już w Cisnej, Straży Granicznej.

A na starcie, ta atmosfera, która miast przyciągać, bo przecież miało być super, odpycha. Tak: coraz więcej świetnie przygotowanych do biegania ludzi, co ty tu, amatorze, robisz? Rozglądam się wokół, poszukując ludzi wiekiem i być może posturą, strojem, podobnych do mnie.

Ale nic. Młodzi, nakręceni, krzykliwi. Nie moja liga.

Myślałem, że to nastawienie puści po starcie, ale nie. Trzyma. Zatem bieg jest rzeźbą, nie przyjemnością.

Czy znacie to uczucie?

Rzeźbienia. Nie powiem każdy krok, ale każdy kilometr wyrwany. Czemu? Nie wiem, jakiejś ciemnej brei, marazmowi, czemuś, co sprzeciwia się, obezwładnia. Podbiegi, podejścia, zbiegi, bieg po równym.

Nawet wiatr, który, choć zimny i porywisty, na Rzeźniku przenikał i porywał duszę, dziś postanowił nam pokazać jakie jest nasze miejsce w szeregu. Im wyżej,  tym silniejszy. Zimny. Widzę ludzi, w krótkich rękawkach i spodenkach chowających się za pniami grubych buków, by osłonić się od wiatru.

Widzę ludzi, którym wiatr pomaga przewrócić się i mocno uderzyć w ziemię.

Widzę ludzi, którym chłód wyżera serce do walki: przed kolejnym uskokiem grani, który wyrasta przed nami jak naga baszta, słyszę dołujące westchnienie kogoś, kto zmaga się koło mnie:

„Ja pie… lę!”

Zimny napój. Od jakiegoś czasu, staram się w ogóle nie używać chemii: żadnych izotoników, żelów – nic. Przygotowana wczoraj w stadninie w Starym Łupkowie woda z sokiem malinowym i z cytryną. Każdy jej łyk teraz parzy przełyk zimnem.

Truchtam więc. Widzę jak na drodze w stronę Żubraczego, dosłownie wiatr zatrzymuje biegaczy. Spycha tak samo mnie. Potem podejście na Berdo.

„Jak w Nepalu” – słyszę.

Mijają  mnie .

„Tam trenowaliście przed biegiem” – pytam.

„Nie, byliśmy. Kiedyś”

Widzę gościa przed sobą, który podpiera się podniesionym z ziemi jednym długim drągiem.

Ja biorę do rak dwa mniejsze patyki. Buk jest mocny, nie trzeba się męczyć. Kiedy zbliżam się do szczytu – wyrzucam je.

Zbieg z Hyrlatej, potem w dół z Rosochy. Rok temu spotkałem tu, kiedy to było?,  w słońcu i cieple, jak w innej epoce, takie wspomnienie: zbiegamy po kamieniach i wykrotach, słońce pięknie doświetla, pewnie i pięknie oślepia, stąd mijam kuśtykającego biegacza, którego skądś znam: tak, z relacji internetowych z walki na Mont Blanc ULtramarathon. Potem czytam, jego wpis, że skręcił kostkę. Niżej, chyba wciąż w tych samych okolicach wtedy mijam zrezygnowanego Bartosza Głowackiego. Gratuluję mu wyczyny sprzed roku. Zdaje się, że złapał kontuzję. Ale to było rok temu. Dziś Bartosz, nie wiem o tym wtedy, pędzi do zwycięstwa.

Dziś zbiegam w dół, swoją sztolnią, z klapkami na oczach, pogrążony w leju. Przed powtórką asfaltu w drodze na Przełęcz, piję herbatę. Pyszna. Z grzańcem. Pytam o godzinę; Słyszę: 11:25. Źle. Niby wszystkim zainteresowanym mówiłem wcześniej, że nie wyrobię się w mniej niż siedem godzin, bo ostatnie tygodnie – treningowo żadne, jednak po cichu liczę, że podejmę walkę z zeszłorocznym wynikiem, 6:15, ale – świadom tego co przede mną, i świadom miejsca gdzie jestem w swojej „drodze duszy” – raczej pewnie zmieszczę się w siedem. Trudno. Kogo się dało, przygotowałem na to. Mam czego chciałem.

Jak zwykle druga połowa biegu – najlepsza dla duszy. Nicość. Nescio quid: tylko wiatr, wąska ścieżka przez połoniny, korzenie, ból, wąska ścieżka.  Kamienie. Wiatr. Trawa. Wąska ścieżka. W jednym miejscu prawie leżę, przeszyty widokiem, który otwiera się po lewej ręce.

„Co, stajemy?” – słyszę za sobą.

„Może gapmy się w biegu? – próbuję być dowcipny.

Gdzieś pod Jasłem odzywa się jednak rytm: napieraj. Znaczy organizm wszedł (dopiero teraz!!!?, czemu tak późno??) w swój rytm. Jak cię przydusza, idź. Jak lekko się wypłaszcza: ruszaj. Nie widzisz innych, zaczynasz przejmować kontrolę nie tylko nad sobą, ale nad biegnącymi w pobliżu. Czujesz za sobą tych, którzy się załapują, bo to ty jesteś tym, który inicjuje bieg. Kiedy ten, co przed tobą mimo że zaczyna się płasko, wciąż idzie, ty ruszasz do biegu. Tak ma być. Ale czemu tak ciężko??? Czemu tak późno? Za późno. Ale może taki właśnie powinien być koniec sezonu.

Zaczynasz mijać niektórych, tych ze startu, mocno wypakowanych mięśniową masą. Bez jakiejś satysfakcji specjalnej. Po prostu widzisz, że są młodzi i trochę może źle rozłożyli siły. Albo duża masa mięśniowa zaczyna ich dociskać do ziemi.

Ostatnie kilkanaście kilometrów. Już za Jasłem w dół, w górę. Znowu wyprzedza mnie niezwykła para. Zawsze czynią to na zbiegach: jakby unosili się nad ziemią. Mężczyzna i kobieta. Wysocy, smukli, zbiegają szybko, bardzo szybko, jakby nie obowiązywała ich żadna siła ciążenia. Zachwyt. I kołacące się gdzieś w pamięci porównanie z Boskiej Komedii Dantego o biegaczach na jakiejś łące. Wciąż teraz tłucze się we mnie to porównanie, trzyma się mnie. Kiedy dotrę do domu, muszę je znaleźć. O, znalazłem, to jest pieśń piętnasta z Piekła:

Za czym się zwrócił i rozpuścił rące

Nogi, sposobem biegnącego męża

O płaszcz zielony na werońskiej łące:

A biegł tak szybko, jak ten, co zwycięża.

Ja zdecydowanie tak nie biegłem. Ze zbieganiem mam problem. Za ciężko to idzie: tłuką się podeszwy o twarde kamienie. Każde uderzenie, tak mi się wydaje, z jękiem i skowytem przyjmuje kręgosłup. Wszystkie gnykcie, jakie tylko są w kościach, takie mam wrażenie chrzęszczą i dociskają. Potem chwila błotnego terenu i… kolejny „młodzieniec z siłowni” zostawiony nad potokiem. Trawers ostatni, słychać metę. Widzę dwójkę niebiańskich zbiegaczy. Mógłbym. Mogę. Ale przede mną kolejny na ostatnich nogach zawodnik. Wąsko. Korzenie. Wlokę się za nim.

Udało się.

Dwójka wbiega na nasyp. Odpuszczam. Nie chcę. Nie będę jakimiś swymi podrygami brukał tej ich niebiańskiej lekkości. Po trawie. Do mety. 6:10. 630 zawodników sklasyfikowanych. Miejsce 131, w swojej kategorii 8. Dobrze. Zmobilizowałem się. Alleluja. Kilkanaście chwil tępego siedzenia przy ognisku. W osłonie folii nrc. Jazgot koncertu.

Podchodzę do Mirka. Dziękuję Mu.

- „Bawiłeś się dobrze?” – pyta.

Co mam Mu powiedzieć? Że to nie była dzisiaj dla mnie zabawa tylko rzeźba? Ale uświadamiam sobie, że skoro tak pyta, to wie o co pyta.

„Tak” – odpowiadam. – „Dzisiaj zabawa naprawdę była niezwykła”.

Uśmiecha się. Jak człowiek, który rozumie, co mówię.

Ściskamy sobie ręce.

Czas schronić się we wnętrzu samochodu.

I wracać, by znowu pojechać gdzieś i trochę się „zabawić”.

RZEŹNIK CZYLI ZAWSZE WE DWOJE

Jak to się stało, mój partnerze, Karolu, że odlecieliśmy na trasie między Smerekiem a Połoniną Wetlińską? Skąd do nas przyszła ta faza, która lekko uniosła nas nad ziemię i kazała biec, wtedy akurat, jakbyśmy właśnie wystartowali: lekko, bez zmęczenia, podbiegając pod schronisko na Połoninie i odpowiadając potwierdzająco na ludzki doping i okrzyki: „Jest moc! Jest moc! To widać!”. Tak! Była z nami moc, która przykryła ból, kazała się zamknąć kwękom, niepewności. Była moc, która kazała rozwijać coraz większą prędkość pomiędzy kamieniami, skałami, wykrotami: bez hamowania kazała zbiegać, bez zatrzymania, kazała pokonywać podbiegi. Co to było, co się z nami stało?

Może fakt, że na Połoninie Wetlińskiej, miała czekać na nas Twoja piękna żona Asia, niedawno poślubiona? Fakt, zdzierała gardło i gdy do niej dotarliśmy, biegła trochę razem z nami, aż jej musiałeś powiedzieć (tak, tak właśnie działa małżeństwo, wspierając się wzajemną troską):

„Uważaj na siebie, żebyś się nie przewróciła”.

Tak powinien mówić do swojej ukochanej ultras, który ma w mięśniach i świadomości ponad 60 km Rzeźnika! W tym drogę Mirka, na której zagląda się pod podszewkę zmęczenia. Co to jest, zapyta ktoś? To jest kilka kilometrów płaskiego asfaltu, gdzie słońce dociska do ziemi a świadomość kurczy się jak piłeczka, z której szybko schodzi powietrze.

A może nasz „odlot na Wetlińskiej” wynikał z taktyki?

„Tak biegniemy, by po 30 km nie czuć zmęczenia!” – stwierdziłeś na poprzedniego dnia odbywającej się odprawie. Jedliśmy właśnie pyszną pieczeń, którą na tę rzeźnikową wyprawę przygotowała nam moja z kolei moja żona. Pamiętasz, siedzieliśmy, na kłodach drewna pod dachem koło szopy w zaprzyjaźnionej stadninie w Starym Łupkowie? I zastanawialiśmy się co to będzie, bo żaden z nas – a Ty jeszcze bardziej, bo nie miałeś jeszcze za sobą żadnego maratonu!, nawet po asfalcie! -  nie miał pojęcia co będzie nas czekać po sześćdziesiątce? Nie, nie życia, po sześćdziesiątce kilometrów! I ta taktyka, wcześniej, przyznam się dzisiaj, zagradzająca mi wrodzoną chęć do wyprzedzania: fakt, czułem się jak pies na smyczy, ilekroć brała mnie ochota do szarży, słyszałem za sobą Twoje: „wolniej” i było to zbawienne, bo właśnie dopiero na Połoninie, kiedy powiedzieliśmy sobie: „teraz już jedziemy” poczułem (a i Ty chyba też), że nie dość że pokonamy, to jeszcze finał będzie należał do nas.

Należał. Czuło się to po spojrzeniach i gestach tych, których wyprzedzaliśmy. Klepnięcia w ramię: jak jakieś przekazanie misji: „Dajecie!”, „Jazda!”. Szliśmy jak burza, jak uniesieni, nic nas nie mogło powstrzymać.

Zbieg w dół? Czemu nie?

Podejście pod Caryńską?

Proszę bardzo.

Co jeszcze?

Ile jeszcze?

Ale tam, na Caryńskiej: dziwny blok. Coś weszło do piersi, brutalnie zacisnęło oddech. Płyciutko się zrobiło, jak na mieliźnie. Jeszcze oddałem pod szczytem swoją czekoladę, pamiętasz?, jakiejś pani, której mąż z przodu będący stał i znacząco zerkał, ale bez słowa, na zegarek, a ona, widać było, że wkracza dzielnie na najtrudniejszą ścieżkę. I naprawdę walczy.

Cały ten bieg – od samego początku, stał się dla mnie obserwacją ludzi, z których wychodzi jakaś tam prawda o nich samych. Niekiedy to prawda dosyć bolesna, zapewne do przepracowania, jeśli oczywiście, najdzie ich kiedyś chwila refleksji.

To ci z pary, którzy wybiegają do przodu i czekają na swoich partnerów/partnerki z zegarkiem w ręku. Niby nic nie mówią, ale… Niekiedy nawet wracają po nich. Jak chodzący wyrzut sumienia.

To tak samo ci, którzy głośno narzekają. Na przykład przyłączają się do nas, biegną z nami, i mówią, jak muszą strasznie wolno lecieć przez partnera/partnerkę.

Albo to ci, których partner/partnerka doznali kontuzji. Rozumiem ich żal, rozgoryczenie, ale dosyć mało to wygląda rycersko: narzekanie, zrzędzenie, wyklinanie, zarozumiałe gaworzenie. W sumie wstyd.

A my? Ciągłe: „Jesteś?” i wykrzykiwanie w przód swoich imion (bo strach się rozglądać, by nie wylądować na ziemi): „Karol?!”, „Krzysiek?!”

Ciągniemy, ciągniemy.

Od 30 kilometra… jest! Lewe kolano po zewnętrznej stronie. Nie pomogły masaże. Nie pomogły tape’y.  Strach: powiedzieć Ci o tym czy nie? Dodawć emocji, których i tak sporo? Ale ból coraz większy. Dobrze go znam. Bardzo dobrze. Rok temu dwa razy mnie skosił. Dobiegłem. Ale… Kilka miesięcy przed Rzeźnikiem natchniony wielką ochotą do biegania zapomniałem się: 10 kilometrów w górę, przewyższenie ponad 2000 metrów. Efekt: nawet tyłem nie dało się schodzić. Próbowałem wtedy nauczyć się trudnej sztuki biegu z tym bólem. Pewnie dobrze zrobiłem (nie z punktu widzenia medycznego, z perpektywy medyka, lepiej to nazwać po imieniu: głupotą!), ciągnąłem z nim po bezdrożach górskich ze dwadzieścia kilometrów, ale skończyło się tak, że w nocy myślałem, że przeniosę się na inny świat. Było to jak nadejście jakiejś ciężkiej choroby. Gorzej, że trwało nazajutrz, a ustąpiło po kilku dniach. Tyle, że dowiedziałem się, że jednak można. Albo raczej, że mogę.

Zatem powiedziałem Ci, dopiero gdzieś, kiedy byliśmy już za maratońskim dystansem. Że może być różnie. Że może trzeba będzie zejść. Zażyliśmy po sporej dawce Paracetamolu. Może to on sprawił, że życie wróciło do normy po sześćdziesiątce?

Choć właśnie tu, na Caryńskiej, wszystko zeszło się ze sobą:  i utrata uniesienia, i ból.

Wystarczyło zbiec.

Jak stawiać stopę w zbiegu? Na pewno nie hamować! Dać się nieść. Daję się, tym bardziej, że w Karola wstąpiło coś dziwnego: nie jestem w stanie za nim nadążyć w tym zbieganiu. Jakby urosły mu skrzydła. Wyprzedza, ale co jakiś czas wykrzykuje moje imię przed siebie. Staram się mu dorównać, choć teraz dobrze czuję, że skończyłem już jakiś czas temu 50. lat, a on jest sporo jednak młodszy. Biegnie i biegnie. Ja - jak na siebie - za szybko. W końcu powinienem znać swoje możliwości, swoje granice. Nie pierwszy raz przecież kręce się koło dystansu pięćdziesięciu kilometrów.

Ile do mety? Kilometr?  Mniej? Pędzimy, chwila nieuwagi. Koszmarne uderzenie butem chyba w jakiś korzeń, makabryczne pewnie z boku salto w powietrzu. Leżę bez ruchu.

Karol:

„Możesz wstać?”

Rozumiem sens jego pytania. To się nazywa walka. Walczymy.

„Nie wiem” – odpowiadam.

Ale gramolę się. Czekam. Przecież wedle wszelkich prawideł teraz powinny przyjść skurcze. Ale nie dzieje się nic. Staję na nogi.

Karol:

„Dajemy?!”

Słyszę, ulgę w głosie.

„Tak” .

Nie brzmi to za bardzo dziarsko. Noga boli. Ramię nie mniej. Ale ruszamy. A mój partner ciągnie na dół, jakby wołało go sto zastępów anielskich. Staram się mu dorównać. Wypadamy na asfalt. Ludzie. Kibice. Okrzyki. Oklaski. Linia mety. Radość. 

Dodaj nagłówek

Jestem paragrafem. Kliknij tutaj, aby dodać swój własny tekst i mnie edytować. Jestem świetnym miejscem, aby opowiedzieć Twoją historię i przedstawić się osobom odwiedzającym Twoją stronę.

Dodaj nagłówek

Jestem paragrafem. Kliknij tutaj, aby dodać swój własny tekst i mnie edytować. Jestem świetnym miejscem, aby opowiedzieć Twoją historię i przedstawić się osobom odwiedzającym Twoją stronę.